Onimusha: Way of the Sword Zapowiedź: Proszę więcej Musashiego!
Ten najnowszy rozdział wydaje się mieć bardzo unikalną strukturę, ale może to wcale nie jest takie złe?
W rzeczywistości dość rzadko zdarza się, by duże tytuły AAA, które nie były szeroko dostępne w mediach czy na różnych targach, nagle otrzymywały grywalną wersję demo na kilka miesięcy przed faktyczną premierą. Ale dokładnie to się stało z Onimusha: Way of the Sword. Gra ma się ukazać dopiero 24 września, ale teraz możesz pobrać samodzielne demo (gdzie postępy nie są przenośne – tak tylko dla jasności) na PlayStation 5 i spróbować czegoś, co przypomina rozdział z pierwszego aktu gry.
Tak właśnie zrobiłem i mogę z względną pewnością powiedzieć, że mimo dywersyfikacji portfela przez Capcom o Pragmata, Resident Evil, Monster Hunter i Kunitsu-Gami, mają obecnie dość precyzyjny pasek jakości, dzięki czemu jeśli na pudełku widnieje Capcom, to prawdopodobnie warto w to zagrać.
Grasz jako Miyamoto Musashi – inaczej nie mogłoby być. Jeśli już wcześniej spotkałeś się z tym serialem lub po prostu oglądałeś zaskakująco solidne anime na Netflixie, wiesz, że unikalne połączenie bohaterskiego poświęcenia i niechlujnego, zmysłowego ulicznego uroku Musashiego tworzy nieco dziwaczny, ale ujmujący miks. Znów jest w centrum uwagi i choć angielski dubbing szybko mnie wciągnął, to w tym otoczeniu jest ostry ton, zabawna mieszanka czarnego humoru i śmiertelnie poważnego zagrożenia, co sprawiło, że po zakończeniu dema miałem ochotę na więcej.
Pod względem strukturalnym Way of the Sword sprawia wrażenie "linear+" doświadczenia, które znamy szczególnie z gier Souls. Masz dość bezpośrednią ścieżkę naprzód, która łączy się jednak z mnóstwem gałęzi nauki, które eksplorujesz, ponieważ oferują ograniczone zasoby lub szansę na pokonanie kolejnych Genm, czyli wrogich potworów, które same dają zasoby po śmierci. Możesz już myśleć, że półliniowe ścieżki, dzikie potwory pokonane w walce wręcz i zasoby zdobywane tylko przez zabijanie oznaczają, że to tak zwany "Souls-like", ale nie, tak nie jest. Trzeba przyznać, że Onimusha: Way of the Sword jest kształtowane przez te same systemy rozgrywki, ale zamierzony poziom trudności i sposób walki nie są zaprojektowane tak, by przypominały kultowe gry FromSoftware.
Sposób, w jaki walka "płynie", jest tu bardzo istotny. Jest tu bardzo wyraźny styl fizyczny, który rzeczywiście niesie odległe echa Ghost of Yotei, ale jest zupełnie odrębnym bytem. Musashi na początku wydaje się nieco nieporęczny w sterowaniu – jego wzorce ruchów oraz szybkość ataków i parowań szczególnie utrudniają czytanie telegrafii, ale już po 10 minutach widać, że miecz Musashiego płynie jak woda. Widać, że Capcom położył duży nacisk na łączenie animacji, dzięki czemu iluzja prawdziwych pojedynków na miecze pozostaje zachowana. Parowanie, wykańczanie bezbronnych przeciwników i przemieszczanie się między wieloma celami – panuje elegancka spójność, satysfakcjonująca ilość łącza między każdą animacją, dzięki czemu walki są równie satysfakcjonujące do udziału, jak na oglądanie.
Ale jak już mówiłem, to gra, do której trzeba się przyzwyczaić, zarówno pod względem zrozumienia własnej fizyki, jak i przeciwników. A jednak wydaje się to też głównym sposobem, w jaki Onimusha: Way of the Sword komunikuje się z tobą jako graczem. Jak dotąd Musashi się porusza, zabija wrogów i... Niewiele więcej. Może nie musi być ani potrzeba. Dobra fabuła, piękne otoczenie dzięki silnikowi RE i znakomity system walki flowstate, mogłoby łatwo stać się solidnym doświadczeniem z gry, ale parkour pojawia się tylko okazjonalnie, a nie wydaje się, by były inne systemy w grze... jeszcze.
Jak dotąd jednak wydaje się być bardzo skupiona i oddana temu systemowi walki, który generuje naprawdę unikalne i oszałamiające walki. To mi wystarczy, i myślę, że dla ciebie też.






