Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Gamereactor Polska
artykuły

GRozkmina: Pomówmy o reworkach...

Remake, remaster, rework, rerelease, reboot - dlaczego/czy rynek gier jest nimi przytłoczony?

  • Tekst: Redakcja

Asia: Pomówmy o reworkach. Wydaje się, jakby od pewnego czasu ktoś przestawił wajchę na rynku: każda obecnie bardziej wyczekiwana gra to albo kolejna część tego samego tasiemca, albo remake, rework, rerelease. Jednego dnia oczy świeciły nam jak gwiazdy na myśl o tym, że coś tak niewyobrażalnego jak remake Final Fantasy VII może w ogóle stać się rzeczywistością - dzisiaj przerzucamy newsy, zastanawiając się, co jeszcze, co kiedyś gdzieś tam było, co jeszcze nie dostało odnowy. Nawet nie nowej części - nowych ciuszków.

Z jednej strony to zabieg, który cieszy nas, weteranów. Bo ot: młodsze pokolenie ciężko przekonać do klasyków, kiedy te wyglądają jak klocki lego. A i sami chcielibyśmy na nowo poczuć ich czar, teraz, gdy zaczynamy dostrzegać w nich braki: pustawe mapy, kanciastą mechanikę, absurdalną grafikę.

Jest jednak coś martwiącego w tym całym wysypie: rework na reworku, rerelease na rereleasie. Gry, które wcale ich nie potrzebują, a czasami są reklamowane jako nowe gry tylko z racji otrzymania portu na inną platformę. Nie jest to niby szkodliwe, ale dało twórcom darmową kartę zarobkową.

Bo remake czegoś, co gracze lubią, nie wymaga aż tyle pracy przy projektowaniu. Ale przede wszystkim produkt już sprawdzony i lubiany to produkt, który nie ryzykuje tym, że się nie sprzeda. Wydanie jeszcze raz tego samego jest tanie i, co najważniejsze, bezpieczne. I w ten sposób znaleźliśmy się w dziwnej sytuacji, gdzie każda ważniejsza premiera ostatniego sezonu jest albo odświeżonym kotletem, albo kolejną częścią „sprawdzonej" serii, która nie różni się od poprzednich prawie że niczym. Innowacja stała się nieopłacalna, nowość spadła na plan gier niszowych, a rozwój wykorzystywania możliwości medium wpadł w zastój.

Osoba postronna może spojrzeć i, zdjąwszy z rynku filtr „hajpu" i grafiki, pomyśleć: psiakrew, czy mi się wydaje, czy gry się skończyły? Przecież to wszystko już było. Martwi to też tych, którzy postrzegali gry jako „lepsze" medium, jako żyłę wolną od poddawania się „popowi" - które na ich oczach powiela mechanizmy, które opanowały pozostałe media przed nimi.

Są reworki, które na celu mają wzmocnienie emocji, jakich dziś na rynku brakuje. Ale pod koniec dnia odgrzewany kotlet z plasterkiem ananasa na górze to wciąż odgrzewany kotlet.

Łukasz: Nie mam nic przeciwko kolejnym remake'om i remasterom. Nie przeszkadza mi fakt, że kolejne wysypują się jak grzyby po deszczu. W końcu oznacza to ni mniej, ni więcej, że jest na nie ogromny popyt. Fakt faktem, iż jedne gry starzeją się lepiej niż inne. Nie można również kłócić się z tym, że niektóre gry dostają pozornie zupełnie niepotrzebne remastery, które od oryginału rożni naprawdę niewiele.

Ale to wszystko staje się jasne, jeżeli wyjmiemy głowę z własnego tyłka choć na chwilę i przyjrzymy się szerzej temu, jakim medium stały się obecnie gry wideo. To, że mamy urodzaj reworków wcale nie jest zamknięciem drzwi na innowację. Wręcz przeciwnie. Obecność „odpicowanych" klasyków pozwala na pewną konfrontację naszych wspomnień dotyczących tego, w co kiedyś graliśmy. Jeżeli dostaję do ręki grę, która poza dzisiejszą grafiką oferuje mi dokładnie to samo, co piętnaście lat temu, a przy tym wciąż bawię się przednio i nie mogę się oderwać od ekranu, to w czym tkwi problem? Szukanie takowego jest jak dla mnie wymuszone i tak właściwie to nie do końca rozumiem, czym kierują się „przeciwnicy remasterów".

Gry wideo to biznes. Tak samo jak filmy, muzyka, literatura i tak dalej. Nikt za darmo nie będzie wypełniał naszego wolnego czasu. Zwłaszcza że postęp technologiczny oraz rozwój społeczny w kwestii świadomości pod tym kątem to niesamowicie istotne czynniki, które kształtują obecnie branżę rozrywki elektronicznej. Wystarczy pomyśleć, pogrzebać, poczytać, ile kiedyś kosztowało ogółem wyprodukowanie gry i jej reklama, a ile to wszystko kosztuje dzisiaj. I nie mówię tutaj wyłącznie o pieniądzach, ale również i o poświęconym czasie oraz o potrzebnych zasobach ludzkich.

To, o czym mówię, to rzeczy, o których niby każdy wie, ale tak naprawdę niewiele osób bierze to pod uwagę. Internet też zrobił swoje. Dzisiaj każdy może wziąć się za krytykę. Często bezkarnie. Mało kto ma na tyle odwagi cywilnej, by wziąć prawdziwą odpowiedzialność za swoje słowa. A niestety, często bywa tak, że z pozornie błahej sprawy wytwarza się problem, który piętrzy kolejne, odciskające swoje piętno na procesie tworzenia gier.

Oczywiście sam również uważam, że gry to nie tylko biznes, ale i gałąź sztuki. I to bardzo wyjątkowa, gdyż pozwalająca jak nic innego na integrację i interakcję z tym, co odbiorca weźmie w swoje ręce.

Mocno się rozpisałem, ale przyznaję, że jestem nieco zmęczony wszechobecnym marudzeniem na wszystko i wszystkich po kolei. Rynek jest obecnie na tyle zróżnicowany, że naprawdę jest tutaj miejsce zarówno dla gier innowacyjnych, jak i odtwórczych. Jako odbiorcy nie powinniśmy liczyć wyłącznie na to, że ktoś nam pokaże „jak żyć" (czy też w tym przypadku „jak grać"). Naszym obowiązkiem jest wziąć odpowiedzialność za to, jakie treści przyswajamy. Jak zawsze, głosujemy przede wszystkim za pomocą naszego portfela. Krytyka lub pochwała są również ważne, bo pozwalają twórcom na organiczne doświadczenie tego, w jaki sposób zostało przyjęte ich dzieło. Pamiętajmy jednak, żeby zawsze kierować się rozsądkiem w swoich słowach.

A wracając do remasterów i remake'ów - jestem całym sercem w obozie, który oczyma wyobraźni widzi już kolejne potencjalne hity, które aż proszą się odświeżenie.

Paweł: Oj, kompletnie nie zgadzam się z tobą, Asiu. Miałem przyjemność pracować przy kilku grach, w tym w firmie, która zrobiła remake starej gry. Przygotowanie wszystkiego „na nowo" to tyle samo, a może nawet i więcej pracy. Dochodzi presja pierwowzoru, bo jak wiadomo - gracze to stworzenia, które są bardzo nostalgiczne. Jednak pracy nie jest wcale mniej, często wręcz taki projekt przygotowuje się od podstaw, dokładnie na tych samych zasadach, co każdą inną grę. Należy też odróżnić remake od remastera - a wbrew pozorom nazwy te są często mylone nawet przez media.

Gry takie jak Resident Evil 2 czy Spyro pokazują, że warto robić nowe wersje starszych gier, że są one pożądane i często lepsze od wielu tytułów, które wychodzą równolegle z nimi. Oczywiście dyskusyjne jest to, czy nostalgia nie przyćmiewa osądu graczy, ale czy to ważne? Zgadzam się z Lukiem, że głosujemy portfelami i sami takich gier chcemy. Prawda jest taka, że wolę wyłożyć pieniądze na remake sprawdzonego, uwielbianego przeze mnie tytułu, niż w dniu premiery zapłacić za zupełnie nową markę, która może okazać się strzałem chybionym. Paradoks? Jasne, że tak. Ale myślę, że ma tak wielu graczy. Wolimy formułę sprawdzoną, dobrą i nam znaną. Dlatego większość indyczków omijam szerokim lukiem i dopiero kupuję je w wielkiej przecenie lub gdy tematyka wyjątkowo mnie zainteresuje. Jest tak po prostu bezpieczniej dla portfela i samopoczucia. Są, rzecz jasna, wyjątki. Lubię, gdy powstają nowe marki, takie jak Horizon: Zero Dawn, lubię każdą grę Cage'a. Ale są to twórcy, którym ufam, których rozwiązania znam i których w jakimś stopniu cenię. Dlatego w moim odczuciu odgrzewany kotlet może i często smakuje tak samo dobrze, jak w dniu premiery. Często, zależnie od poprawionych mechanik, nawet lepiej. Żyję też według zasady: „Nie chcę - nie kupuję. Nie gram".

Bartek: Z tym, co napisała Asia, trudno się nie zgodzić - kolejne części, odświeżone wersje czy zwyczajne porty znanych marek są ostatnio niezwykle popularne. Czy to źle? Z jednej strony tak, bo teoretycznie rozleniwia to branżę i twórcy zamiast iść do przodu (czytaj: stawiać na innowacje czy nieszablonowe pomysły) wolą karmić graczy sprawdzonymi rozwiązaniami, lub w ogóle, dać im „tę samą grę", tylko z lepszą grafiką. Zresztą, bardzo wiele gier na platformach crowdfundingowych to poniekąd taki targ „kiedyś to było granie, nie to co teraz", którego symbolem stał się Brian Fargo i jego studio inXile Entertainment. Skoro są ludzie, którzy chcą grać w produkcje sprzed dwudziestu, trzydziestu lat - z dokładnie tym samym pomysłem, w tym samym stylu i często z tymi samymi błędami, wynikającymi ze złego projektu - zapakowane w nowe tekstury, to czemu mają tego nie robić?

Ale wam pewnie chodzi o tradycyjne remastery w stylu Sony. Cóż, dopóki są dobrze zrobione, to nie widzę problemu, by się ukazywały. Bardziej bym wolał, żeby były sprzedawane w cenie niższej niż pełnoprawne, nowe produkcje, które ukazują się na rynku. Nie obraziłbym się za pełną wsteczną kompatybilność na wszystkich konsolach, ale to bardziej mokry sen niż trzeźwa ocena sytuacji. A ta wygląda następująco - gracze uwielbiają wracać do tego, co było kiedyś i duzi wydawcy doskonale to wykorzystują. Osobiście wolę zostawić pewną część życia za sobą i nie wracać do tego, co dobrze znam, bo zwyczajnie szkoda mi na to czasu. Dlatego przy mojej całej miłości do serii Mass Effect nie czekam na remaster jej pierwszej części, o którym to od jakiegoś czasu dość dużo się plotkuje.

Ola: Sporo jest tych re-rzeczy. Paweł stwierdził, że nie należy mylić remake'ów z remasterami - a dlaczego ciągle mylimy remastery z rewydaniami? GTA V na PS4 i Xboksie One oferuje znacznie ładniejszą grafikę oraz więcej zawartości, a jednak ani Rockstar, ani Take-Two nie zdecydowali się na nazwanie edycji remasterem. Dlaczego The Last of Us na obecnej generacji musi mieć ten podtytuł? Już nawet nie wspomnę o japońskich fanaberiach w stylu HD/Full HD/4K/8K Remastered.

Nawet jeśli mnie to bawi, chyba wcale jednak nie przeszkadza. Zawsze wyczekuję ładniejszych wersji swoich ulubionych gier. Obecnie, przykładowo, czaję się na remaster Assassin's Creed III. Choć, tak naprawdę, bardziej chodzi mi o samą możliwość zagrania we wszystko na obecnej generacji - mam Xboksa One, Nintendo Switch i PS4 oraz telewizor z dwoma wejściami HDMI. I jeszcze PlayStation VR, które dokłada więcej kabli niż wszystkie te konsole razem wzięte. Trudno jest mi zatem jeszcze wyjmować z szafy zakurzone PS3 czy PS2; chciałabym móc ograć starsze tytuły na jednym sprzęcie, niekoniecznie w ładniejszej odsłonie. Dlatego niezwykle cenię sobie opcję wstecznej kompatybilności.

Jak słusznie zauważył Łukasz, trudno porównywać dzisiejsze czasy do ówczesnych - zarówno jeśli chodzi o budżet produkcji, rozmach marketingu, trudność wykonania czy innowacje. Kiedyś również i gier robiono mniej, a teraz w wielu przypadkach mamy już do czynienia z produkcją taśmową - więc skoro samych gier jest więcej, to i remasterów przybywa.

Gry wideo wbrew pozorom są zupełnie innym medium od książek czy filmów (no dobra, książki też otrzymują rewydania, a filmy na Blu-Rayach i DVD jakieś wersje rozszerzone, ale i tak nie na taką skalę). Gry są ciągle aktualizowane, ciągle zmieniane. Chcemy, żeby były gałęzią sztuki, choć tak naprawdę ich proces wydawniczy jest bardzo dziwny, trudny do sklasyfikowania. Pracują nad nimi setki, tysiące osób, twórcy chcą je ciągle ulepszać - tu zmienić trochę tekstury, tu podrasować oświetlenie, tu animacje, tam zakończenie. Jeśli znikną remastery, zapewne pojawi się co innego, byleby tylko mogli wciąż udoskonalać swoje dzieła.

Chciałam jeszcze napisać o tasiemcach, o powracaniu do staroszkolnych gier, o cenach remasterów (na przykład nowsze części Final Fantasy są często tańsze od odświeżonych wersji klasycznych odsłon) i o procesie tworzeniu remake'ów, ale pozwólcie, że przeskoczę jednak do podsumowania, bo zaraz mi miejsca zabraknie. Jeśli chodzi o to, co Bartek powiedział o pozostawianiu przeszłości za sobą - my UWIELBIAMY wracać do przeszłości. Poszukiwać swojej tożsamości gracza. Na tym, w uproszczeniu, polega terapia behawioralna, którą zresztą każdy chociaż raz w życiu powinien przejść. Chcemy wiedzieć, dlaczego ukształtowaliśmy nasz światopogląd w ten sposób, co sprawiło, że nasze „Ja" wygląda teraz tak, a nie inaczej. Dlatego ja bardzo chętnie wracam do wspomnień nie tylko z dzieciństwa, ale także innych okresów życia, by lepiej zrozumieć swoje zachowania, upodobania i stanowiska w wielu kwestiach. I bardzo chętnie ograłabym remaster Mass Effecta, który jest najważniejszą grą w moim życiu.

Trochę się rozpisaliśmy, ale świadczy to o tym, że dyskusja na temat reworków nie sprowadza się do prostego „jestem za lub jestem przeciw". Co Wy sądzicie o remake'ach, odświeżonych wersjach, ciągłych kontynuacjach tych samych marek i podobnych?