Masters of the Universe
Reżyser Bumblebee, Travis Knight, zabiera nas do Eternii w najnowszej adaptacji niesamowitych przygód He-Mana.
Chociaż ostatnio pojawiło się kilka eksploracji świata Eternii, szczególnie w postaci animowanego serialu Netflixa z Kevinem Smithem, można śmiało powiedzieć, że He-Man i reszta dość nietypowej paczki nie zdołali zdobyć dużej widowni wśród współczesnych widzów. Choć He-Man i franczyza Masters of the Universe były ogromne w latach 80. i 90., tego samego nie można powiedzieć o młodej publiczności obecnych czasów, gdzie nawet dla kogoś w podobnym wieku co ja, pod koniec dwudziestki, jest to uniwersum być może najbardziej znane z szablonów memów. Chodzi o to, że w przeciwieństwie do Transformers, Marvela, a nawet Żółwi Ninja, Masters of the Universe jest bardziej produktem przeszłości, trochę podobnym do G.I. Joe.
Ale to nie powstrzymało Amazon MGM Studios przed inwestowaniem sporej sumy pieniędzy w aktorską adaptację tego świata, najnowszą próbę tchnięcia życia w Eternię, film, w którym Nicholas Galitzine gra główną rolę księcia Adama/He-Mana, którą wcześniej słynnie wcielił Dolph Lundgren w aktorskim filmie. Choć Masters of the Universe może nie jest już tak powszechnie znanym nazwiskiem, jak kiedyś, cieszę się, że ten film istnieje, bo jako fan tego świata jest dokładnie tym, czego można oczekiwać od współczesnej adaptacji aktorskiej.
Po pierwsze, mówimy o bombastycznej akcji, postaciach większych niż życie, oszałamiających otoczeniu i dziwacznej fabule, która wyraźnie wie, że jest trochę dziwna. Ta seria zawsze była osobliwa, a gdyby reżyser Travis Knight (ostatnio znany z Bumblebee) złagodził to w tym filmie, wydawałoby się to puste i nieszczere, dlatego to przyjemność, że jest niezręczna i głupiasta, autentycznie Masters of the Universe.
Tak czy inaczej, fabuła jest mniej więcej taka, jak można się spodziewać. Krótko mówiąc, Skeletor chce zdobyć moc Grayskulla dla siebie, by zapewnić sobie panowanie nad Eternią, a to od He-Mana i reszty jego szlachetnych bohaterów zależy, by uratować sytuację. Pojawia się kilka emocjonalnych rodzinnych przeszkód, część filmu rozgrywa się na Ziemi z powodu, który ma sens, a także jest to swego rodzaju opowieść o dorastaniu, w której widzimy, jak książę Adam naprawdę poznaje swoje miejsce w szerszym wszechświecie. W zasadzie każdy fan He-Mana doskonale zna historię, jaką ten film przedstawia, ale to nie jest nic złego, bo szczerze mówiąc, to działa.
Narracja pełni rolę skutecznego elementu wspierającego pamiętną akcję i rozwój postaci, a Galitzine okazuje się skuteczny zarówno jako książę Adam, jak i He-Man. To trochę śmieszne, jak twórcy próbują przekonać cię, że Galitzine nie jest niezwykle muskularny jako książę Adam, widząc go w luźniejszych ubraniach, zanim pojawia się He-Man i aktor pokazuje swoją umięśnioną sylwetkę. Ale film jest na tyle głupi, że można po prostu zaakceptować, że tak jest i iść dalej. Podobnie Idris Elba imponuje jako Człowiek broni, Camila Mendes oferuje absolutne minimum jako Teela, Alison Brie wciela się w teatralność jako Zła Lyn, reszta obsady drugoplanowej zdaje się cieszyć dziwacznym charakterem filmu jako inni drugoplanowi bohaterowie i złoczyńcy, a potem jest Jared Leto jako Skeletor. Zazwyczaj w filmach z Leto w kluczowej roli to właśnie tutaj narzekamy, dlaczego aktor został wybrany do tej roli, ale Leto naprawdę rozkwita jako Skeletor, dając jedną ze swoich najlepszych ról do tej pory, ostatecznie dostarczając zapadającego w pamięć, zabawnego i dość okrutnego złoczyńcę, którego wielu z pewnością ucieszy się z powrotu w przyszłości.
A wszystko to łączy się z efektownie wykorzystanymi, pełnymi patosu dialogami, płynną i płynną akcją, godnymi podziwu scenami, które zbyt mocno opierają się na efektach cyfrowych jak na mój gust, oraz spójną, choć prostą fabułą. Chodzi o to, że Masters of the Universe nie zachwyci i nie jest szczególnie wyjątkowy, ale jest bardzo zabawny, nie sprawia wrażenia, że porusza zbyt wiele wspólnych gruntów, a większość zaangażowanych bardzo cieszyła się z pracy nad tym filmem, co widać. To bezpieczny i rozrywkowy film akcji science fiction fantasy przyjazny dla ojców, można powiedzieć, prawdziwy projekt w stylu Strażników Galaktyki, i dokładnie tego można było oczekiwać od adaptacji Masters of the Universe z 2026 roku.
Mimo to, gdybym miał być przesadnie krytyczny, powiedziałbym, że przydałoby się więcej kolorów w niektórych miejscach, szczególnie w projektowaniu kostiumów, gdzie wydaje się, że postacie zostały "przekształcone w Marvel Cinematic Universe", w tym sensie, że oryginalna osobowość tych dziwacznych postaci trochę brakuje. He-Man jest idealny, podobnie jak Skeletor, ale Fisto, Ram Man, nawet Man-at-Arms – wszystkie te kostiumy sprawiają wrażenie, że próbują być realistyczne i nie chcą wykorzystać absurdalnego projektu Trap Jaw. Chcę, żeby wszystko Masters of the Universe wyglądało, jakby pochodziło z umysłu 11-latka, a niektóre przykłady w tym filmie nie do końca tego osiągają.
Jednak w większości przypadków to, co Knight i reszta twórców stworzyli przy tym filmie, to po prostu zabawa. Może jest trochę za długi i mógłby skorzystać na krótszym czasie o 20-30 minut, i nie jestem pewien, czy osiągnie to, czego potrzebuje, by więcej przedsięwzięć zostało zatwierdzonych, ale jeśli choć trochę lubisz świat Eternii, ten film będzie świetnie się bawił, bo szczerze mówiąc jest solidnym, łatwym i dobrym kawałkiem rozrywki.










