Peaky Blinders: The Immortal Man
Ballada o Tommym Shelbym dobiega końca.
Gdy pojawiła się wiadomość, że Peaky Blinders będzie kontynuowane i wreszcie chce zakończyć historię Tommy'ego Shelby'ego dedykowanym filmem, byłem naprawdę zachwycony. Sześć sezonów tego serialu, obejmujących niemal dekadę emisji telewizyjnej, stało mi się bardzo drogie z wielu powodów, nie tylko ze względu na doskonałą jakość. Jednak gdy ujawniono, że Netflix będzie zaangażowany, moja wiara w projekt zaczęła słabnąć, nawet jeśli główny zespół twórców serialu, w tym twórca i scenarzysta Steven Knight, wróci do projektu. Każdy, kto widział oryginalne filmy Netflixa, wie, że zazwyczaj pojawiają się one w bardzo nierównej jakości, z kilkoma świetnymi opcjami (np. Knives Out) i takimi, które sprawiają, że trudno się nie zastanawiać, dlaczego w ogóle zostały zatwierdzone. Czy więc Peaky Blinders: The Immortal Man pasowałoby do pierwszej kategorii i pożegnało Tommy'ego Shelby'ego w godnym finale, czy raczej przeszło do drugiej kategorii i stałoby się niechcianą plamą na dziedzictwie serii?
Po przewinięciu napisów końcowych na Peaky Blinders: The Immortal Man widać, że to jeden z lepszych filmów Netflixa, nawet jeśli nie jest tak mocny jak główny serial. Akcja toczy się długo po wydarzeniach z szóstego sezonu i odnajdujemy pokonanego i samotnika Tommy'ego Shelby'ego, który cierpliwie czeka na dzień, w którym śmierć go zabierze. Jednak świat rozpada się w trakcie II wojny światowej, a Birmingham znów staje się beczką prochu czekającą na wybuch, a bardziej brutalny gang Peaky Blinders, dowodzony przez odległego syna Tommy'ego, Duke'a, znów okazuje się kłopotliwy. Gdy do walki wkraczają faszyści i zwolennicy nazistów, a niewinni ludzie służący jedynie poprawie świata stają się ofiarami tej wojny, jasne jest, że Birmingham potrzebuje swojego cygańskiego króla z powrotem, a Tommy kończy swoją samotność ku własnemu rozczarowaniu.
Nie da się zaprzeczyć, czym jest ten film i dlaczego powstał. Nie jest tu po to, by zapowiadać kolejną erę Peaky Blinders, nie ma opowiadać bohaterskiej historii wojennej, to ostatni akt opowieści Tommy'ego, sposób na prawdziwe zakończenie być może najsłynniejszej postaci Cilliana Murphy'ego. Jest ponura, ciemna i nieustannie przysłonięta przez duchy jego przeszłości. Niewiele tu wywoła uśmiech na twarzy czy uśmiech – to eksploracja psychiki człowieka, który chce uwolnić się spod brutalnego uścisku życia, a niestety nie może to być obite o cenę.
W tym filmie są szokujące momenty, metody użyte do podobnego zakończenia narracyjnych wątków innych kluczowych postaci z historii Peaky Blinders, i niektóre są skuteczne, inne wydają się zbędną potrzebą. Na przykład Paul Anderson nie jest w obsadzie, więc można się domyślić, co to oznacza dla brata Tommy'ego, Arthura, jednego z kluczowych bohaterów szerszej narracji. W rzeczywistości na tym etapie nie zostało już wielu Shelby, na których można się skupić, co oznacza, że mamy obsadę złożoną z wielu nowych gwiazd i postaci. Nie mam do tego większych zastrzeżeń, ale jedną z najlepszych rzeczy w Peaky Blinders jest to, jak stopniowo wprowadzało bohaterów i sprawiało, że przez jeden lub kilka sezonów nawiązałeś z nimi więź lub je zrozumiałeś. Ten film ma ułamek czasu, więc Barry Keoghan jako Duke, Rebecca Ferguson jako Kaulo i John Beckett Tima Rotha nie trafiają tak jak wcześniejsze bohaterki. Dla mnie to trochę strata tak znakomitego talentu.
Podobnie fabuła jest skonstruowana w taki sposób, że w pierwszej godzinie pojawia się dużo ekspozycji i tliących się w stylu Peaky Blinders, co byłoby w pokońcu, gdyby istniało sześć godzin telewizji, by opowiedzieć całą historię. W tym formacie mamy mniej niż godzinę, by zakończyć tę opowieść w piękny, mały kokard, a efektem jest zawrotny zwrot akcji, gdzie nie wydaje się, że pożegnanie Tommy'ego jest tak idealne, jak powinno być. Jeśli chodzi o to, co dalej, nie jestem też pewien, czy Keoghan jako Duke, jeśli ma być podstawą dla kolejnej ery, ma to, czego potrzeba, by wypełnić ogromne buty pozostawione przez Murphy'ego.
Ostatecznie, jeśli chodzi o samodzielną historię, Peaky Blinders: The Immortal Man działa jako dobra rozrywka, ale z pewnością nie jest najlepsza z szerszą serią. Najbardziej rzucają się w pamięć te elementy, które Peaky Blinders zawsze dobrze radziło; scenografia i kostiumy, połączenie ambientu i muzyki, niezwykła kreacja Cilliana Murphy'ego. Ten film kontynuuje te elementy Peaky Blinders, które wszyscy znamy i kochamy, ale potem potyka się trochę w narracyjnym składzie i próbuje zrobić za dużo, zbyt nieefektywnie, w zbyt krótkim czasie.
To nie jest żadna plama na dziedzictwie Peaky Blinders i bez wątpienia jest jednym z lepszych oryginalnych filmów Netflixa (choć poprzeczka zwykle nie jest aż tak wysoka), ale czy dorównuje naprawdę zdumiewającej jakości głównego serialu telewizyjnego? Nie, nie ma.










