Spider-Man, Peter Parker, trochę nostalgicznie na tę myśl, niemal tak jak w przypadku Batmana. Kocham Spider-Mana od dziecka, kiedy oglądałem kreskówkę, siadałem na tylnym siedzeniu podczas wakacji w przyczepie i pochłaniałem komiksy. Jednym z moich absolutnie najcenniejszych wspomnień z kina jest i zawsze będzie, pierwszy film Spider-Mana Sama Raimiego. Dla piętnastolatka, który kocha kino, miał absolutnie wszystko: od dynamicznej akcji, napięcia, emocji, efektownych efektów specjalnych, fantastycznej ścieżki dźwiękowej, aż po zabawę i miłość Raimiego do medium i materiału źródłowego.
Kiedy ogłoszono reboot z Andrew Garfieldem w roli głównej, prawie wziąłem to do siebie. Dlaczego? Nie było w nich nic złego, bo nie były ani złe, ani szczególnie dobre. A potem, gdy ogłoszono kolejny reboot z Tomem Hollandem w roli tytułowej, zacząłem się zastanawiać. Ale potem ukazał się Spider-Man: Homecoming w reżyserii Jona Wattsa i trochę mnie przekonałem, bo Holland oczarował mnie do szału, a film miał tę samą zabawę i miłość co pierwszy film Raimiego piętnaście lat wcześniej. Sceny akcji były stylowe, a humor zachwycający, a także podobały mi się Daleko od domu i Nie ma drogi do domu, choć nie aż tak bardzo.
Teraz nadszedł czas na czwarty solowy film Hollanda o Spider-Manie, a fabuła wygląda następująco: "To zupełnie nowy dzień dla Petera Parkera. W świecie, który już go nie pamięta, walczy z przestępczością jako Spider-Man. Ale żal po tym, jak jego przyjaciele idą dalej bez niego, sprawia, że coś w Peterze się zmienia. Jednocześnie ta zmiana może być jedynym sposobem na uratowanie miasta i jego bliskich przed potężnym nowym wrogiem, którego nikt nawet nie widzi. Świat mógł zapomnieć o Peterze Parkerze. Ale on o nich nie zapomniał."
Watts wyreżyserował pierwsze trzy filmy z Hollandem w roli Spider-Mana, ale tym razem pałeczkę przekazał Destin Daniel Cretton, który wyreżyserował między innymi rozrywkowy film Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni. To dobry wybór, moim zdaniem, chociaż chciałbym zobaczyć Wattsa również na stanowisku reżysera. Trio przyjaciół, teraz rozdzielone, jak zwykle składa się z Hollanda, Zendayi i Jacoba Batalona, ale w innych rolach widzimy Sadie Sink ze Stranger Things, Marka Ruffalo powracającego jako Bruce'a Bannera/Hulka, Florence Pugh mówiącą o drobnych kartoczkach (co zaskakujące, dosłownie) oraz Jona Bernthala pojawiającego się i warczącego jako Punisher.
Fabuła nie jest szczególnie zaawansowana i nie wprowadza zbyt wielu nowych szlaków, ale jest sporo napięcia i wartości rozrywkowej. Podoba mi się początkowo niewidzialny przeciwnik i sposób, w jaki się porusza. Jest stylowy, nietypowy dla gatunku superbohaterów i przywodzi na myśl jeden z moich ulubionych filmów z dzieciństwa z filmu Denzela Washingtona, Fallen, w którym poluje na demona przemieszczającego się z ciała do ciała. Humor z wcześniejszych filmów wciąż jest obecny, a to głównie Ned Leeds, Frank Castle i Yelena Belova dostarczają momentów komicznej ulgi. Doceniam, że Castle faktycznie ma trochę większą rolę, bo jest fajnym sojusznikiem dla Spider-Mana, który woli rozwalać ludziom głowy niż zadawać niepotrzebne pytania. Trochę się pośmiałem podczas sceny akcji, gdzie ślizga się na plecach i strzela, wydając warczenie w stylu Punishera, które stało się jego znakiem rozpoznawczym.

Trzymaj się, będzie fajnie, obiecuję!
Ogólnie mam dość gatunku superbohaterów, który rzadko zaskakuje, ale Spider-Man: Brand New Day to naprawdę przyjemny film, który pokazuje, że gatunek wciąż ma swoje momenty. Zabawa, o której tak długo mówiłem, jest dużą częścią tego projektu, ale chyba przede wszystkim to Holland, który moim zdaniem jest absolutnie genialny w roli tytułowej. Pozostali aktorzy też radzą sobie dobrze, choć niektóre dialogi z Bruce'em Bannerem wydają się nieco zbyt wymuszone. Film jest też co najmniej kwadrans za długi, ale ratuje to fakt, że tempo rzadko spada na dłużej niż kilka chwil tu i tam. Z drugiej strony, czuję, że wewnętrzna walka Spider-Mana/Petera Parkera bywa trochę nużąca, a motyw powracający o tym, jak trudne jest być jednocześnie superbohaterem i człowiekiem, został już wyczerpany. Ale do pewnego stopnia wierzę w to, bo jest całkiem dobrze zrobiona. Reboot ma też emocjonalną głębię, którą zawsze lubiłem, i Brand New Day nie jest wyjątkiem. W ostatniej scenie miałem kilka łez w oczach.
Seria Spider-Man to jeden z nielicznych filmów o superbohaterach, na które wciąż mogę czekać i oglądać bez przewracania oczami na kiepskie riposty, przeciągłe finałowe bitwy czy zawalenie się całych miast. To naprawdę stylowy film, a sceny huśtania się na sieci po mieście są szczególnie piękne, a sceny akcji również świetnie się sprawdzają. Brand New Day znów skorzystałoby na nieco skróceniu, a antagonista jest na początku może zbyt anonimowy, ale z drugiej strony ujawnienie stanowi miłą niespodziankę, która z pewnością wpłynie na szerszy wszechświat w taki czy inny sposób. Mimo to podoba mi się, że nie zawsze chodzi o międzygalaktycznego superzłoczyńcę grożącego wysadzeniem Ziemi lub całego wszechświata.
Podsumowując: jeśli lubisz filmy o Spider-Manie, na pewno polubisz Brand New Day.