The Hand That Rocks the Cradle
Wszystko, co stare, jest nowe, w tym niedoceniana perełka Curtisa Hansona z lat 90. o psychotycznej opiekunce do dzieci. Petter nie jest pod wrażeniem...
Cóż za cudowne wspomnienia, które pojawiają się w płacie czołowym w tym samym czasie, gdy czytam tytuł. The Hand That Rocks the Cradle z 1992 roku. Jedna z tych zapomnianych perełek thrillerowych, które nie tylko posiadałem na kasetach VHS, ale też widziałem może trochę za dużo razy. Miałem jeden z tych thrillerów w połowie lat 90., kiedy Niebezpieczne pożądanie, Rykoszet, Breakdown, The Game, Cape Fear i The Hand That Rocks the Cradle... Posiadałam je wszystkie i pamiętam z wielką jasnością, jak doskonała była Rebecca De Mornay w roli psychotycznej opiekunki Peyton. Za sterami stał nie kto inny jak Curtis Hanson ("L.A. Confidential", "Cudowni chłopcy").
Teraz The Hand That Rocks the Cradle, jak wszystko inne, zostało przerobione, a historia jest nieco unowocześniona pod względem początkowych okoliczności, ale ogólnie rzecz biorąc, opiera się na tym samym założeniu. Zmęczona karierą mama zatrudnia nianię, aby spróbować pogodzić swoje życie jako gwiazda prawniczka, ale to, co zaczyna się jako mądra decyzja dla dobra jej rodziny, ostatecznie okazuje się kompletnym koszmarem. Niania Polly jest morderczą, manipulacyjną ultrasuką i za pomocą jednej sprytnej metody po drugiej udaje jej się obrócić rodzinę przeciwko zestresowanej mamie, wywołać konflikt i zazdrość oraz wyprać mózg swojej ośmioletniej córce.
Oryginał to (jak już wspomniałem) genialna mała perełka thrillera. Nie tylko dlatego, że reżyseria jest ostra, scenariusz dobrze napisany, a Rebecca De Mornay jest absolutnie genialna w roli psychopatycznej opiekunki do dzieci. W remake'u to gwiazda Longlegs, Maika Monroe, wylosowała loterię, aby zagrać psychotycznego mordercę i, szczerze mówiąc, nie działa to zbyt dobrze. Podczas gdy Mornayowi udało się przekazać wrodzoną wściekłość stłumioną i kontrolowaną przez jeden cel końcowy, Maika nie udaje się zrobić wiele poza wyglądaniem na wiecznie smutną i zagubioną. Ze swojej strony nigdy nie staje się przerażająca ani groźna w sposób, który mniej więcej zdefiniował oryginał, a tam, oczywiście, większość zagrożenia w filmie nie spełnia się.
Mary Elizabeth Winstead ("10 Cloverfield Lane", "Kate") wciela się w postać zestresowanej, luksusowej mamy Caitlin i jak zwykle wychodzi jej to bardzo dobrze. Zawsze uważam, że powinniśmy bardziej doceniać Winstead, ponieważ jest bez wątpienia jedną z najlepszych aktorek w Hollywood i to już od jakiegoś czasu. W tym filmie wykonuje dobrą robotę, próbując zrównoważyć stresy związane z życiem rodzinnym z karierą i bardzo dobrze wyraża wszystko, co wiąże się z porażką. Jest trochę neurotyczna, ale stara się to ukryć. Jest odrobinę zazdrosna, ale bardzo dobrze to maskuje i więcej niż trochę kontroluje własne ideały i ideologie, które Winstead portretuje z miękkością i człowieczeństwem, które sprawiają, że jej matka jest jedyną wiarygodną postacią w filmie. Reszta tego remake'u jest niestety poniżej standardu. Wydaje się cienki, płaski i bardzo typowy dla gatunku.


