The Smashing Machine
Na festiwalu w Cannes 2025 popłynęły łzy w oczach, a dramatyczny debiut The Rocka spotkał się z szerokim uznaniem. Petter nie jest jednak szczególnie zachwycony filmem o Marku Kerrze...
Kiedy reżyser Uncut Gems, Benny Safdie, rozpoczyna prawdziwą historię gwiazdy mieszanych sztuk walki, Marka Kerra, jest rok 1999. Kerr właśnie skończył 30 lat. Tak więc Dwayne "The Rock" Johnson ma 53 lata, kiedy próbuje udawać młodego Kerra, mimo że obaj mężczyźni są prawie w tym samym wieku (w prawdziwym życiu) i w tym tkwi stały problem z tym filmem dla mnie, jako wieloletniego fana MMA. The Rock robi wszystko, co w jego mocy (a nawet więcej), aby sprzedać fakt, że nie jest mięśniakiem z Fast 8 ani mięsogłowym z Jungle Cruise, Skyscraper, Jumanji czy Herculesa. Jest tu kolejnym ciastem z uczuciami. Właśnie skończył 30 lat. Szczerze mówiąc, nie działa to zbyt dobrze i pomimo wczesnych chórów pochwał i łez w Cannes, trudno mi przełknąć fakt, że 53-letnia gwiazda filmowa portretuje 30-letni fenomen walki ze stawami jak guma.
Oprócz tego dość powierzchownego zarzutu, będącego zrzędliwym wstępem do mojej recenzji jednego z najbardziej uznanych filmów tego roku, uważam również, że jest trudne, a często niemożliwe, zrozumienie, dlaczego Safdie wybrał lata 1999-2000 jako przekrój życia Kerra i dlaczego w ogóle wybrał Marka. Jego okres w UFC był, moim skromnym zdaniem, o wiele bardziej zabawny niż trzy przedstawione tutaj wydarzenia Pride i, mówiąc wprost, ten film powinien być o jego najlepszym przyjacielu i mentorze, Marku Colemanie. Otóż Coleman ("The Hammer") nie miał ani problemu z uzależnieniem od Oxycontinu, ani z krzyczącą, hałaśliwą suką żony, wokół której kręci się około 92% tego filmu, a przez to staje się absurdalnie nudny. The Smashing Machine powinien być jednak o Marku Colemanie. Myślę, że wszyscy fani MMA mogą się z tym zgodzić.
Safdie jest jednak zręcznym reżyserem i niezwykle zdolnym scenarzystą i podobnie jak w Good Time i Uncut Gems, jest tak surowy i niemal dokumentalny w sposobie, w jaki konstruuje sceny i zbliża się do kamery. Montaż jest szybki, ale nie jest zbyt pospieszny, i oczywiste jest, że Benny próbował młotkiem i szczypcami wycisnąć z jego głównego bohatera małe uncje "prawdziwej" gry aktorskiej, a być może przez jedną scenę (kiedy jest hospitalizowany z powodu przedawkowania opiatów i gdy zostaje skonfrontowany z Colemanem) działa to całkiem nieźle. Przez resztę czasu gra aktorska Dwayne'a jest zbyt prosta, a jego zakres zbyt wąski, aby naprawdę wyrazić ból, który istnieje na papierze, tutaj. Uzależnienie Kerra ogarnia Safdie, krzyki z dziwną dziewczyną, którą obsypuje nas jak automatyczny ogień, a wszystko to staje się tak zgrabnie realistyczne, nie posiadając niczego w rzeczywistości. Całkowicie brakuje głębi, zamiast tego staje się raczej powierzchownym dramatem o jednym emocjonalnym wyrazie, gniewie, który sprawia, że Kerr jawi się raczej jako marudny marudnik wszech czasów, niż cokolwiek innego.
Wiele scen walki, w których Kerr i Colemen toczą swoje bardzo rozreklamowane walki Pride, jest stosunkowo dobrze zrobione, ale tutaj też brakuje presji, brakuje treści i mocy. Zwłaszcza The Rock jest sztywny w swoim zachowaniu na ringu Pride i jest to tak zauważalne, że nigdy nie szarżuje, ale powstrzymuje się i naprawdę upewnia się, że nigdy nie uderzy żadnego przeciwnika w twarz nawet prostym, lekkim ciosem. Ryan Bader jest oczywiście lepszy jako stary weteran UFC/Bellatora. Jego ciosy wyglądają, jakby bolały, a jako Mark Coleman jest zaskakująco lepszy, niż mogłem sobie wyobrazić. Emily Blunt robi wszystko, co w jej mocy, aby wydobyć wściekłość z Dwayne'a i robi to ze stereotypowo szczupłą i płaską dziewczyną, która nie może wydusić z siebie słowa, nie będąc celowo prowokacyjną i szukającą uwagi.
Jak już mówiłem, nie rozumiem, dlaczego Safdie wybrała Kerr, skoro jest mnóstwo ciekawszych historii do opowiedzenia o Colemanie, Shamrocku czy dlaczego nie Couture. Niestety, nie rozumiem też, dlaczego zdecydował się skupić na jednym roku Pride, zamiast spróbować rozciągnąć łuk nieco szerzej, a skupienie się na niezwykle krótkim okresie uzależnienia od opiatów uważam za absurdalnie szukające efektu i płaskie. Pomijając wspaniałą scenografię, kostiumy i super wspaniałe zdjęcia, niestety nie ma tu zbyt wielu rzeczy, które zamierzam pochwalić. The Rock nie jest w stanie udźwignąć na swoich mocno napompowanych barkach ciężkiego dramatu (niezależnie od tego, jak bardzo chciał tego Festiwal Filmowy w Cannes) i nie działa to z 53-letnim kulturystą, który próbuje podszywać się pod młodą gwiazdę MMA. To w ogóle nie działało dla mnie.







