Wake Up Dead Man: A Knives Out Mystery
Trzeci "kto zrobił Riana Johnsona" może nie obalić oryginału, ale to kolejny fantastyczny film, który na różne sposoby przeczy oczekiwaniom.
Knives Out , saga kryminalna Riana Johnsona trwa dalej z Wake Up Dead Man , ponownie z Danielem Craigiem jako detektywem Benoitem Blancem oraz zupełnie nową obsadą, w której wchodzą Glenn Close, Josh Brolin, Mila Kunis, Jeremy Renner, Kerry Washington, Andrew Scott i Cailee Spaeny. Jednak to 35-letni Brytyjczyk Josh O'Connor z The Crown, Challengers i The Mastermind błyszczy jako prawdziwy bohater filmu. W rzeczywistości Craig pojawia się dopiero po pierwszej pół godzinie filmu...
Reżyser Looper i Star Wars: The Last Jedi wie, że widzowie, gdy stają przed " kto to zrobił", uważają się za mądrzejszych od twórców, więc za każdym razem, gdy robi taki Knives Out film, obiecuje wstrząsnąć i dać im coś nieoczekiwanego. W tym przypadku jednak podchodzi do tego bardziej subtelnie niż w poprzednich filmach i skupia się bardziej na psychologii postaci, a mniej na niejasnej fabule.
Tak, ma wszystko, czego można się spodziewać po Knives Out filmie, jak gwiazdorska obsada z ekscentrycznymi postaciami, mnóstwo humoru i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Ale żaden z tych zwrotów akcji nie wydaje się wymuszony, jak to często bywa w tego typu filmach, ton jest bardziej ponury, a choć Benoit Blanc Craiga ma kilka genialnych momentów, jego rola jest bardziej zredukowana, by skupić się bardziej na postaci i ewolucji Josha O'Connora.
Film zaczyna się długim prologiem, w którym każda postać zostaje przedstawiona bez zbyt dużego kontekstu. To dużo informacji i trochę przytłaczające, ale warto włożyć (niewielki) wysiłek. Tonalnie Wake Up Dead Man stanowi ostry kontrast z poprzednim filmem, Glass Onion, który rozgrywał się w rezydencji miliardera i być może zbyt mocno łamał konwencje gatunkowe (tworząc fałszywą zagadkę kryminalną w prawdziwej zagadce), co na końcu pozostawiło nas trochę wykończonych i z poczuciem, że reżyser się nami bawi, jakby musiał pokazać, jakim jest geniuszem (i jest).
Wake Up Dead Man zamiast tego wyrzuca cały ten przepych i prezentuje film znacznie bardziej ograniczony, zarówno narracyjnie, jak i stylistycznie: zamieniamy dużą szklaną rezydencję małym neogotyckim kościołem w małej wiosce, prowadzonym przez moralnie skorumpowanego księdza granego przez Josha Brolina, który manipuluje i radykalizuje niewielką grupę parafian, którzy wciąż odważają się uczestniczyć w jego mszy.
Mały, szary kościół i ciemniejsze lasy wokół niego to miejsca, gdzie toczy się akcja, o mrocznym i nastrojowym wyglądzie, który czasem zbliża się do stylu wizualnego gatunku horroru w niektórych klaustrofobicznych scenach (Johnson powiedział, że inspirował się Drakulą Coppoli). Moim zdaniem ten styl wizualny, bardziej przypominający jesienny wygląd pierwszego filmu, pasuje do tego typu filmów znacznie lepiej niż słoneczne baseny i luksus Glass Onion. Mniej znaczy więcej w każdym tego słowa znaczeniu, a film korzysta z enigmatycznej atmosfery, która doskonale pasuje do tematów poruszanych w scenariuszu.
Wake Up Dead Man wydaje się bardziej pewnym siebie i dojrzałym filmem, mniej skupiającym się na dostarczaniu szybkich emocji z niemożliwych zwrotów akcji i pokładaniu wiary (bez zamierzonej gry słów) w swoich postaciach. Oczywiście jest tu wielka zagadka, której nikt poza Benoitem Blancem nie może rozwiązać, a jak sugeruje tytuł, podczas tych 144 minut wydarzą się zaskakujące rzeczy. Jednak intryga nie opiera się wyłącznie na szokujących odkryciach, a tempo śledztwa nie jest aż tak ekscytujące (z minusem, że Blanc bardziej przypomina świadka niż aktywnego śledczego), a tym, co trzyma cię w miejscu, jest zrozumienie motywacji bohaterów i ich psychologicznej ewolucji; Dlaczego tak się zachowują i myślą?
W efekcie ten film wydaje się bardziej introspektywny niż poprzednie, mniej ekscytujący do oglądania, ale ciekawszy do refleksji podczas i po seansie. Rian Johnson nie marnuje okazji, by zastanowić się, co pojęcie wiary oznacza dla różnych ludzi, a dialog między Blancem a Judem (księdzem granym przez O'Connora) zastanawia się, jak wiara może być źródłem potężnego wsparcia emocjonalnego, a jednocześnie narzędziem do manipulowania ludźmi z dobrymi lub złymi intencjami.
Wake Up Dead Man to kolejny triumf w nienagannej karierze Riana Johnsona. Prawdopodobnie nie osiąga takich samych poziomów jak pierwszy film, który był sprytny, ekscytujący i przemyślany w równym stopniu, ale udaje mu się zrobić coś innego z założeniem, które po trzech filmach nie daje oznak zmęczenia. Taki film, który nawet jeśli może sprawić, że poczujesz się trochę chłodny, z czasem ci się podoba, im dłużej o nim myślisz i oglądasz go ponownie, co będziesz mógł zrobić na Netflixie od 12 grudnia.







