War Machine
Alan Ritchson próbuje, ale nic tu nie działa.
Chociaż moja tolerancja wobec amerykańskiej propagandy wojennej "oorah" mogła spadać w ostatnich latach, są doskonałe przykłady filmów, które wykorzystują bardzo militarystyczny i niemal amerykański styl inspirowany amerykaną, i trafiają... no, ten znak. Co więcej, wielokrotnie cieszyłem się z "człowieka na polu przeciw pozornie nie do pokonania przeciwnościom", założenia, w którym dobrzy aktorzy mogli się rozprostować, od DiCaprio w The Revenant po Amber Midthunder w Prey.
Ale War Machine nie jest dobrym przykładem ani jednego, ani jednego z nich, ani jako inspirujący promilitarystyczny hiperrealizm, ani jako film "człowiek w terenie", ani po prostu jako swobodna rozrywka w towarzystwie szerokiego faceta z Reachera.
Warto wrócić do wspomnianego Prey, bo fabuła jest tu bardzo w slipstreamie. Nowi rekruci Rangerów mają zdawać egzamin końcowy w terenie, ale to, co uważają za cel, to tak naprawdę War Machine (War Machine – rozumiecie?) z obcej planety, która lekkomyślnie ściga żołnierzy, którzy komicznie upierają się, by zwracać się do siebie numerami rekrutów, nawet gdy obca przewaga zaczyna ich rozszarpywać na kawałki. W tym wszystkim spotykamy straumatyzowanego 81, granego przez Alana Ritchsona, który desperacko próbuje znaleźć tu coś ludzkiego i bliskogo utożsamieniu, ale po prostu nie potrafi uratować żenująco słabego materiału.
Są tacy, którzy chwalili War Machine za to, że jest "staroschoolową", pełną klisz rozrywką z minionych czasów, ale ja uważam, że War Machine jest po prostu głupia. Nie "głupia rozrywka" w sensie, w jaki nazywasz swoje domowe przyjemności, ale po prostu nieinteligentnie skonstruowana.
Pomyśl o Prey – ten film nie był idealny – ale zdołał z gracją przygotować brutalną konfrontację z obcą supermocą, której ofiarą jest trudniej zabić, niż początkowo sądzono. Predator jest przerażający, utalentowany, ma ikonografię, która natychmiast tworzy scenę. Porównaj to z ciężkim, nudnym, pozbawionym inspiracji przeciwnikiem War Machine – jak AT-ST interpretowany przez kiczowaty JRPG – nie jest ani straszny, ani ekspresyjny, ani ekscytujący do oglądania.
A potem jest Ritchson. Widzę, że wielu uwielbia jego szczerą, fizyczną obecność w Reacherze, a ten serial podobno dał mu sceny i wątki pasujące do jego temperamentu i mocnych stron. Nie będę się tu wypowiadał na temat jego ogólnych umiejętności, ale powiem, że War Machine bez wątpienia sprawia, że wszyscy zaangażowani są gorszymi aktorami, niż prawdopodobnie są. Tragiczna przeszłość z bratem, granym przez Jai Courtney'ego, nie trafia do końca, zwłaszcza gdy ma być impulsem do "wyjścia" na lidera.
Jest mnóstwo "głupich" filmów, prostych konstrukcji z wystarczającą ilością szczerej, niskobudżetowej rozrywki, by łatwo wyłączyć analityczny umysł. Ale War Machine po prostu sprawia, że oczy przewracają się aż do tyłu czaszki. Nie jest tak samoświadomy, jak inni go chwalą, dlatego czuję się bardzo pewnie, gdy mówię: "obejrzyj coś innego!"




