Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Strona główna
recenzje
Assassin's Creed Origins

Assassin's Creed Origins

W pustyni i w puszczy.

Oglądasz

Preview 10s
Next 10s
Reklama

Tak się pięknie złożyło, że Assassin's Creed: Origins jest już dziesiątą odsłoną cyklu i w zeszłym roku świętowaliśmy okrągłe urodziny serii. Na przełomie lat zmiany w tytule są wbrew pozorom bardziej widoczne, niż się co niektórym wydaje. Po zarobaczywionym Unity i nieco bardziej dopracowanym Syndicate Ubisoft postanowił dać Asasynom dłuższy urlop. Na kolejną część przyszło nam czekać dwa lata i okres ten zdecydowanie przełożył się na jakość tytułu. Wielbłąd gotowy do drogi? Zapraszamy do pięknego Egiptu!

Jako wieloletni fan serii jestem szczerze podekscytowany każdą zapowiedzią nowego Asasyna. Jednak nie da się ukryć, że marka po kilku ostatnich próbach potrzebowała przemyślenia i - co za tym idzie - gruntowej przebudowy. Chyba nas wszystkich zaczął już męczyć nieciekawy wątek w teraźniejszości, bo ile można grać bezimiennym pracownikiem korporacji. Tak, wiem, był to „sprytny" zabieg, dzięki któremu gracze mieli poczuć, że to właśnie oni mają wielki wpływ na świat Asasynów. Ale powiedzmy to sobie otwarcie, tak jak uniwersum komiksów DC potrzebuje czasem Supermana, tak Assassin's Creed potrzebował nowego Desmonda.

Coś się kończy, a coś się zaczyna

Assassin's Creed Origins
Pytajniki dwoją się i troją na mapce... warto poświęcić im czas, bo skrywają wiele tajemnic

I nowego, pełnoprawnego Desmonda otrzymaliśmy. Co prawda, niczym w pierwszej części, wątek dziejący się w teraźniejszości jest dawkowany graczom w taki sposób, by się nim nie udławili, i stanowi tak naprawdę podwaliny oraz swoisty prolog do nadchodzących wydarzeń. Nadal jednak jest to wielki krok we właściwym kierunku i mam nadzieję, że tym razem całość nie zakończy się dziwnym zgonem protagonisty. Co najważniejsze, pomimo ostrożnie prowadzonej narracji w naszych głowach rodzi się masa pytań, powstaje wiele teorii, a spekulacjom nie ma końca. I właśnie o to chodziło zawsze w Assassin's Creed! Za tym wszyscy tęskniliśmy i chwała twórcom za to, że powrócili na właściwy tor. Trwało to co prawda długo, ale jak to się mówi - lepiej późno niż wcale.

Nie da się ukryć, że słowo Origins w tytule powinniśmy traktować w dwojaki sposób. Po pierwsze, w końcu dane jest nam poznać początki bractwa asasynów. Historia naszpikowana jest więc wszelkiej maści smaczkami dla wiernych fanów serii. Gra wiele wyjaśnia, jak również odpowiada na wiele od lat gnieżdżących się w naszych głowach pytań. Po drugie jednak, Origins to przede wszystkim pewnego rodzaju przeprosiny twórców i mówiąc brzydko „restart" marki. Nie tyle dosłowny, wszystko, co przez te dziesięć lat przeżyliśmy, nie zostało oczywiście wyrzucone do kosza - spokojnie, możecie już zacząć ponownie oddychać. Jednak zmian w stosunku do poprzedniczek jest tak wiele, że równie dobrze gra nie musiałaby nazywać się Assassin's Creed, bliżej jej bowiem do niektórych tytułów RPG. Na szczęście znane logo pojawia się na ekranie bardzo szybko. Lubię zmiany, wróć... lubię dobre zmiany. Zatem cieszy mnie, gdy lubiana przeze mnie seria powstaje z popiołów niczym feniks. Origins jest dla serii właśnie takim mitologicznym, ognistym ptakiem, który pali niedowiarków, a fanom serii daje nowy, silny oręż do dalszej walki.

Bayek z Siwy

Assassin's Creed Origins
Bayek, w przeciwieństwie do większości asasynów, nie jest młokosem. Poza misją wiedzie... skomplikowane życie rodzinne

Po premierze gry nie obyło się rzecz jasna bez porównywania jej do trzeciego Wiedźmina. Sami twórcy kilkakrotnie powtarzali, że inspirują się w jakimś stopniu grą Polaków. W wielu miejscach jest to widoczne - tak, nie da się temu zaprzeczyć. Fundamentalne aspekty serii Assassin's Creed jednak nadal są głównymi zaletami Origins, a wiele z mechanik widzieliśmy już w grach, które miały premierę na długo przed Dzikim Gonem. W branży gier istnieje zresztą niepisana zasada, która mówi, że dobre inspiracje nie są złe, dopóki są tylko inspiracjami. Nie ma po co na nowo wymyślać koła, ale równie dobrze możemy teraz przekomarzać się, czy w Origins więcej jest właśnie z Wiedźmina, czy chociażby z Horizon Zero Dawn. Ubisoft sprawę przemyślał, postanowił swoje dziecko nauczyć nowych rzeczy, korzystając przy tym z dobrych wzorców i... tyle.

Zatem - nie. Nie jest to Geralt w Egipcie, lecz po prostu Bayek z Siwy i jest on jednym z najciekawszych protagonistów w całej serii. W końcu otrzymaliśmy bohatera, którego życie jest nam bardziej bliskie. Z całym tym ciężarem wzlotów i upadków. Pełnokrwistego, charakterystycznego i prawdziwego. W końcu też nie mamy do czynienia z młokosem, który dopiero uczy się swojego fachu. Nic z tych rzeczy.

Assassin's Creed Origins
Nieustraszony medżaj pokazuje często bardziej ludzkie oblicze. Bayek jest złożonym bohaterem

Bayek jest Medżajem, a Medżaj w Egipcie wiele znaczy. Nawet jeśli jest to ostatni, prawdziwy przedstawiciel tej kasty. Dzięki temu w zręczny sposób zostały zatuszowane banalne misje poboczne, które czynią zwykle z gracza chłopca na posyłki. Medżaj pomaga zwykłym ludziom, nieważne, czy pomoc ta sprowadza się do ściągnięcia z drzewa kota, czy do ochrony wioski. Pomaga, bo taka jest jego funkcja, bo tego właśnie chce. Sam Bayek zresztą czyni to wszystko, by za dużo nie myśleć i... zapomnieć. O czym? Musicie przekonać się sami. Zapewniam jednak, że przeżycia bohatera nie są naciągane i banalne. W gruncie rzeczy, jeśli się tak zastanowić, Origins to smutna gra i pomiędzy tym całym bieganiem za „pytajnikami" cholernie poważna i głęboka. Wielokrotnie zaskakuje i daje do myślenia.

Assassin's Creed Origins
Assassin's Creed Origins
Assassin's Creed Origins
Assassin's Creed Origins
Assassin's Creed Origins