Battlestar Galactica: Scattered Hopes
Staramy się przetrwać w starciu z zaawansowaną sztuczną inteligencją, która chce zniszczyć ostatnie resztki ludzkości w tym inspirowanym FTL roguelite osadzonym w uniwersum Battlestar Galactica.
Battlestar Galactica to jedna z najlepszych serii science fiction, jakie kiedykolwiek powstały. Dlatego z radością wypróbowałem Battlestar Galactica: Scattered Hopes, bo to gra, która stara się uchwycić to, co najlepsze ze swojego telewizyjnego odpowiednika. Podobnie jak w serii, wszystko zaczyna się od ataków i stopniowego niszczenia planet przez rasę AI Cylonów, gdzie te superinteligentne maszyny wcześniej prowadziły wojny przeciwko 12 koloniom tworzącym "ludzkość".
Ta gra została stworzona jako roguelite i opowiada o statku kosmicznym ściganym przez wroga w całej galaktyce. Zaczynamy od tego samego założenia co współczesny serial telewizyjny, choć nie mamy dostępu do tych samych zaawansowanych systemów uzbrojenia i statków kosmicznych. Zamiast tego mamy mniejsze okręty wojenne, a naszym celem jest zarówno przetrwanie, jak i zebranie resztek sojuszników, podczas gdy w praktyce jest to układ etapowy. Walczysz w jednej fazie, naprawiasz, rozwijasz, wydajesz rozkazy i tak dalej w drugiej, a te rozkazy się przeplatają. Jeśli właśnie walczyłeś z Cylonami, którzy cię znaleźli i skoczyli w bezpieczne miejsce, masz określoną liczbę punktów/akcji do wykorzystania, zanim znów cię znajdą, co prowadzi do fazy walki, w której celem jest przetrwanie, by móc przeskoczyć do kolejnego systemu. To pętla gry, która jest prosta, ale działa dobrze.
Faza walki odbywa się w czasie rzeczywistym z funkcją pauzy i jest to dość mała potyczka z niewielką ilością statków kosmicznych i zdolności pod twoją kontrolą. To trochę przypomina niektóre gry mobilne, co ułatwia ustawianie się, manewrowanie i wytrzymanie do momentu skoku do nowego układu słonecznego. Podoba mi się ten układ; Jest na tyle chaotyczne, że pozostajesz w kontroli, a jednocześnie na tyle wymagające, że nie gubisz się w mechanice gry. Naszym celem jest przetrwanie, a nie pokonanie wroga, i uważam, że Alt Shift ma rację, bo wyzwanie stopniowo rośnie dzięki silniejszym wrogim statkom i większej różnorodności tego, co na nas czeka. W miarę postępów w grze możesz ulepszać i szkolić pilotów, by zdobywać więcej umiejętności w walce, podczas gdy jedną ze strategii, które przyjąłem na początku, było zdobywanie jak największej liczby bohaterów, dzięki czemu miałem większą swobodę w walce i bonusach za rozwiązywanie problemów na pokładzie statku. Na przykład postać może naprawiać rzeczy za darmo bez wydawania akcji.
Druga faza to klasyczny "rozwiąż kilka problemów, z którymi się zmagasz". Zazwyczaj masz kryzysy na pokładzie, a znacznie więcej niż jesteś w stanie rozwiązać przed kolejną bitwą, więc musisz mądrze wybierać i wydawać ciężko zdobyte zasoby. Jest to równie trudne jak w innych podobnych tytułach, takich jak FTL, gdzie musisz żyć z ograniczonymi możliwościami i słabościami. Można to porównać do balansowania, gdzie wybierasz, w czym będziesz nieco gorszy podczas następnej bitwy i musisz priorytetowo zdecydować, czy chcesz mieć mniej zdrowia, bo musisz priorytetowo traktować zasoby broni czy coś innego, czego potrzebujesz.
Różnorodność przychodzi w postaci wrogiego statku-matki, który daje różne bonusy do bitew, środowisk zawierających zagrożenia oraz losowo generowanych postaci podczas każdej rozgrywki. Są też pewne umiejętności, których nie da się odblokować podczas jednej rozgrywki. Niestety, już po dwóch lub trzech powtórkach okazuje się, że zawartość nie jest wystarczająco zróżnicowana, zanim zaczniesz oglądać te same wydarzenia, sytuacje i wiele więcej. W roguelite to niepokojący problem. Trzeba jednak powiedzieć, że zawartość, która się tam znajduje, jest dobrze wykonana, zwłaszcza nieco dłuższe łańcuchy misji oraz gdy musisz szukać Cylona na pokładzie załogi, który udaje jednego z twoich, ale wygląda jak człowiek.
Jeśli lubiłeś serial telewizyjny, a przede wszystkim gatunek roguelite, to jest to solidna gra mimo braku różnorodności. Chociaż nie dorównuje Battlestar Galactica Deadlock, to wciąż jedna z najlepszych gier noszących nazwę tej serii. Wizualnie jest dość prymitywny, ale dzięki oddalonej perspektywie nadal wygląda całkiem akceptowalnie, ponieważ gdy zbliżasz się do statków kosmicznych, ma nieco pikselowy efekt. Z daleka kolory wyróżniają się i wygląda to przyzwoicie, a portrety postaci podczas rozmów również są dobre. Grając w tę grę, czujesz się jak część serialu Battlestar Galactica. Muzyka jednak jest gwiazdą tego widowiska, dzięki utworom przypominającym serię z 2004 roku.
Poza kilkoma drobnymi problemami technicznymi z tekstem, nie napotkałem żadnych poważnych problemów. Żyjemy w czasach, gdy wiele gier wychodzi w dość zbugowanym stanie, a ta do nich nie należy. Gra działa płynnie na różnych sprzęcie, a po uruchomieniu działa od razu. Chociaż dźwięk i efekty są skąpe, eksplozje, alarmy i inne dźwięki wydają się nieco niejasne i nie oddają charakterystycznych dźwięków serii. Dzięki temu, że odtwarza materiał źródłowy, muzyka jest chyba najlepszą cechą gry, ponieważ ma unikalny dla uniwersum Battlestar styl muzyczny, który jest tu widoczny. Niestety, reszta pejzażu dźwiękowego nie ma tak silnej tożsamości Battlestar.
Jeśli lubisz gry w stylu FTL osadzone w uniwersum Battlestar Galactica, to jest to całkowicie akceptowalna gra. Ma problemy z powtarzalną zawartością, a mechanicznie jest prosta, skupia się na przetrwaniu jak najdłużej, a nie na pokonaniu wszystkich wrogów. Chociaż nie jestem aż tak entuzjastycznie nastawiony do tego układu jak ten, który widzieliśmy w Deadlocku, to wciąż jest to tytuł, który warto sprawdzić, jeśli brzmi kusząco. Niewiele jest gier, które potrafią czerpać inspirację z FTL i jednocześnie być godnymi tytułów w tym gatunku, a jeśli lubisz dobre alternatywy w roguelite'ach, masz słabość do Battlestar Galactica i chcesz doświadczyć koszmaru, jaki musiała znosić załoga w serialu, myślę, że powinieneś sprawdzić tę grę.

















