Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Gamereactor Polska
recenzje
Eastshade

Eastshade

Czy podróż musi mieć cel?

  • Tekst: Bartosz Witoszka
Eastshade

Bilbo Baggins, bohater książki "Hobbit, czyli tam i z powrotem" autorstwa J.R.R. Tolkiena, został wypchnięty za próg, co ostatecznie wyszło mu chyba na dobre - poznał nowych przyjaciół, zdobył najpotężniejszy przedmiot w Śródziemiu i stał się szanowanym członkiem swojej społeczności. Czy to było pierwotnym celem jego wyprawy? Zdecydowanie nie. Z podobnym motywem mamy do czynienia w Eastshade, grze od studia o tej samej nazwie, w której wcielamy się w Wędrowca, zmierzającego na tytułową wyspę, by spełnił on ostatnią prośbę swojej zmarłej matki. Czy warto było wychodzić za próg?

Życzeniem mamy naszego bohatera było namalowanie czterech obrazów z konkretnych miejsc na wyspie - prawdopodobnie się na niej wychowała, choć równie dobrze mogła tylko o niej czytać, nie jest to jednoznacznie określone w grze. Już na samym początku pojawiają się jednak problemy, bo statek, który płynął na Eastshade, rozbija się, a nasz bohater ledwo uchodzi z życiem z katastrofy. Tu kończy się wstęp, a zaczyna przygoda, do której możemy podejść tak, jak uznamy za słuszne. Gra posiada otwarty świat i praktycznie od razu dostajemy dostęp do całej wyspy. Zapomnijcie jednak o znacznikach, minimapie, kompasie i innych dobrodziejstwach znanych ze współczesnych produkcji - wszystko musimy odkryć sami. I o ile normalnie nie byłoby to nic złego, w końcu to gra eksploracyjna, o tyle w przypadku Eastshade przemierzanie wyspy i interakcja z jej mieszkańcami była często... utrudniona, łagodnie rzecz ujmując.

Eastshade
Eastshade

Produkcja posiada kolosalną liczbę błędów; typowe wyrzucanie do pulpitu, zawieszenie gry czy drobne (a czasem nawet całkiem duże) babole w samej rozgrywce skutecznie psuły zabawę. Początek z Eastshade nie był dla mnie łatwy, bo już po dwóch godzinach zabawy okazało się, że nie jestem w stanie popchnąć historii dalej i muszę zaczynać grę od początku. Aby dostać się w głąb wyspy, należy zapłacić sześćdziesiąt świecących kamieni (waluta w grze) za przejście przez most. Pieniądze dostajemy za wykonywanie zleceń na obrazy, co w dalszej części stanie się rdzeniem rozgrywki. Do przygotowania obrazu potrzeba płótna, a to możemy stworzyć z kawałków brezentu i kłód (tak, w grze jest crafting, całkiem przyjemny swoją drogą). Proste, prawda? Tylko na początku nie wiedziałem, że w grze będą jakiekolwiek pieniądze, dlatego gdy zebrałem kilka surowców każdego rodzaju, to od razu przygotowałem parę grafik, żeby zobaczyć, o co w tym chodzi. Było to dużym błędem, bo uniemożliwiło mi wykonanie płatnych zleceń, co w konsekwencji skończyło się rozpoczęciem gry od nowa. Na początku myślałem, że da się rozłożyć zbędne przedmioty, by odzyskać całość lub część zużytych surowców (tak działa zazwyczaj crafting w grach, nie?). Twórcy przewidzieli inne rozwiązanie - na zamalowanym płótnie można przygotować inny obraz (totalnie logiczne) - jednak postanowili nie informować o nim gracza. Odkryłem to przez przypadek w końcowym etapie gry.

Przy drugim podejściu wszystko poszło znacznie szybciej i już po godzinie byłem na drugim brzegu, z zapasem materiałów i kamyczków, gotowy na dalszą eksplorację i poznawanie wyspy. Po tym początkowym etapie sami wybieramy sobie zadania (aktywują się po rozmowie z jakąś osobą), a kolejność ich wykonywania zależy tylko od nas. Czas na Eastshade płynie powoli i nie ma potrzeby spieszyć się gdziekolwiek, więc równie dobrze możemy odkrywać nowe lokacje i zbierać surowce potrzebne do wykonywania kolejnych przedmiotów. Jak to bywa w tego typu grach (eksploracyjnych z craftingiem), te dwie rzeczy są ściśle ze sobą powiązane - aby przepłynąć przez jezioro, potrzebna jest tratwa; żeby sprawnie poruszać się w górach, musimy wyposażyć się tyrolkę. W Eastshade do tego wszystkiego dochodzą zlecenia na wykonywanie obrazów, co stanowi bardzo ciekawą mechanikę. Od razu skojarzyło się mi to z produkcją francuskiego studia DigiXart, 11-11: Memories Retold, gdzie jeden z bohaterów, Harry, fotografował zachodni front I wojny światowej. Jeśli chodzi o główny rdzeń rozgrywki, to w zasadzie tyle.

Eastshade
Eastshade

Warto wspomnieć jeszcze o cyklu dnia i nocy; tu podobnie, jak w klasycznym już Don't Starve, eksploracja w nocy jest utrudniona przez mechanikę "marznięcia" (w DS, gdy zapada noc, nasz bohater jest wystraszony i nie może zanadto oddalać się od ognia). Jednak z czasem i to przestaje być problemem, bo Wędrowiec może wypić napar, który na krótki okres go rozgrzeje i umożliwi wykonanie zadania lub schronienie się w karczmie. Tu znów zdarzają błędy, bo nie raz zdarzało mi się wejść do pomieszczenia, a moja postać dalej trzęsła się z zimna i w konsekwencji umierała.

Bardzo ciężko na początku wyróżnić w Eastshade jakieś główne zadania, na których należy się skupić. Historie poszczególnych mieszkańców bardzo często się łączą, dlatego warto wykonywać wszystkie zadania i wypytywać napotkanych ludzi o każdą drobną rzecz. No właśnie, czy aby na pewno ludzi? Wyspa Eastshade skrywa wiele sekretów, a jednym z nich są mieszkańcy, którzy wyglądają jak zwierzęta, ale zachowują się jak ludzie (chodzą na dwóch nogach, noszą ubrania, mówią, pracują, mają swoje marzenia i troski). Uważam to za bardzo oryginalne podejście, choć ostatecznie taki zabieg nie służył niczemu. Liczyłem na jakieś wyjaśnienie, coś, co uzasadniałoby jakoś, dlaczego zwierzęta żyją jak ludzie. Tymczasem nie dostajemy nic. Szkoda.

Eastshade
Eastshade
Eastshade
Eastshade
Eastshade
Eastshade
Eastshade
Eastshade