Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Strona główna
recenzje
Pillars of Eternity 2: Deadfire

Pillars of Eternity 2: Deadfire - Ultimate Edition

Jo ho, jo ho, pirackie życie to mój żywioł.

Pillars of Eternity 2: Deadfire

Prawie dwa dodatkowe lata przyszło czekać konsolowej braci na kontynuację Pillars of Eternity. W „jedynkę" zagłębiłem się jeszcze przy premierze i poszukiwałem przygód przeszło dwieście godzin. Gdy już skończyłem, zacząłem ponownie, przemierzając szlaki Jelenioborza na konsoli. Kiedy ogłoszono drugą część, postanowiłem cierpliwie poczekać, aż ta wypłynie na szerokie, konsolowe wody, by z powodzeniem kontynuować wyprawę w jednym miejscu. W końcu się doczekałem.

Warto sobie zdawać sprawę, że choć nie jest to wymagane, do Deadfire można śmiało przenieść zapisy z „jedynki". Niektórzy twierdzą, że w gruncie rzeczy nie ma to wpływu na rozgrywkę, jednak testując całość kilka razy wyraźnie odczułem różnice w przejściu z przeniesionym zapisem i tym jego pozbawionym. Moje wcześniejsze wybory nie przewróciły świata do góry nogami, ale uczyniły go jeszcze bardziej „mojszym". Różnice są odczuwalne głównie w rozmowach z towarzyszami i mieszkańcami Eory.

Samo przeniesienie akcji w zupełnie inny region świata sprawia, że nie wszyscy wiedzą o naszych poczynaniach, co stanowi bardzo bezpieczny zabieg. Uważam jednak, że właśnie te niewielkie niuanse (chociażby w przypadku Edera czy Alotha) wywołują poczucie wpływu na świat przedstawiony. W „jedynce" można było ukształtować każdego towarzysza, czyniąc go kimś więcej niż jedynie kolejną postacią niezależną. W kontynuacji wszystkie te wybory są brane pod uwagę: choć nie zmieniają samej rozgrywki, niezaprzeczalnie wpływają na odbiorcę.

Pillars of Eternity 2: Deadfire

Niezależnie od tego, czy kontynuujemy przygodę ze starym zapisem, czy zaczynamy ją bez znajomości „jedynki", akcja gry rozpoczyna się niedługo po finale oryginału. Już na samym początku bóg Eothas powraca z podziemi Od Nua w ciele uśpionego do tej pory tytana. Towarzyszą mu chaos i zniszczenie, a protagonista pierwszych „Filarów" umiera, choć tylko na moment, niedługo później powracając do życia za sprawą jednego z bóstw. Bohater budzi się na okręcie, który podąża za wędrującym kolosem, lecz w czasie rejsu zostaje zaatakowany przez piratów i... tak się to wszystko zaczyna.

Szybko okazuje się, że naszym pierwszym poważnym zadaniem jest naprawa statku - zwanego Buntownikiem - oraz zatrudnienie nowej załogi. Jak to w klasycznych grach RPG bywa, nic nie jest łatwe i przyjemne, zatem po nitce do kłębka coraz bardziej zbliżamy się do celu, wykonując szereg zadań głównych i pobocznych, a także umacniając nasze postacie. Standard, można by rzec.

Pierwszą zmianą, która rzuca się w oczy, jest zdefiniowanie na nowo systemu walk, które obecnie mogą być całkowicie turowe. Stawia to całą rozgrywkę w zupełnie nowym świetle i czyni ją znacznie bardziej taktyczną, jednak również nieco łatwiejszą. Grając tradycyjnie, z aktywną pauzą, należy siłą rzeczy szybko reagować na każdą zmienną, natomiast turowa walka umożliwia przeciąganie każdej decyzji w nieskończoność, tak by wybrać najbardziej korzystną opcję.

Pillars of Eternity 2: Deadfire

Oba typy rozgrywki mają swoje plusy i minusy, oba sprawdzają się na konsolach rewelacyjnie, a sterowanie i zarządzanie izometrycznym erpegiem jeszcze nigdy nie było tak wygodne na padzie. Przetestowałem zarówno walki turowe, jak i te klasyczne, i po kilkugodzinnych oględzinach zdecydowałem się na drugą opcję. Dzięki temu czułem po prostu większą spójność z „jedynką" i o ile taktyczne rozwiązanie bardzo przypadło mi do gustu, o tyle sam przywykłem już do bardziej dynamicznych starć w tej serii.

Ponadto znacznie rozbudowano system rozwoju bohaterów, którym obecnie można przypisać chociażby dwuklasowość, co zauważalnie przekłada się na cały gameplay. Dzięki wielu nowym zdolnościom zadania w Deadfire można rozwiązywać na różne sposoby, a nie tylko dobywając oręża. To od gracza zależy, czy rozwiąże postawiony przed nim problem siłowo czy dyplomatycznie, a może zwyczajnie korzystając ze złodziejskich zdolności przekradając się za plecami mniej rozgarniętego strażnika. Spory wachlarz działań czyni rozgrywkę bardziej elastyczną i uszytą wyłącznie pod preferencje i potrzeby odbiorcy, jednocześnie chroniąc go przed nudą i monotonią.

Podróżując statkiem po Archipelagu Martwego Ognia musimy brać też udział w bitwach morskich, które nie należą do najbardziej widowiskowych, ale kompletnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie: uważam, że sprowadzenie ich do narracyjnych decyzji (które zresztą powróciły w sequelu ze zdwojoną siłą) pozwala jeszcze bardziej wczuć się w historię. Zresztą, zarządzanie Buntownikiem, a później i innymi okrętami, samo w sobie na początku może wydawać się trudne, dobrze więc, że twórcy nie pokusili się o dodanie rozbudowanych bitw na morzu.

Pillars of Eternity 2: Deadfire

Zadaniem gracza jako kapitana jest dbanie nie tylko o wypłaty całej załogi, ale również zapewnienie jej członkom podstawowych potrzeb, jak chociażby pożywienie. Początkowo, gdy jesteśmy jeszcze goli i weseli, nawet tak proste czynności potrafią stanowić wyzwanie. Coby jednak nie było, fortuny dorabiamy się całkiem szybko. Miałem wręcz wrażenie, że znacznie szybciej niż w pierwowzorze. Ale to bardzo dobrze; nie jesteśmy już przecież bezimiennym Widzącym, lecz całkiem znaną personą.

Jak to zwykle z Widzącym bywa, na swojej drodze spotyka on nietypowych kompanów, którzy wspierają bohatera nie tylko w walce, ale często przekazują mu swoją wiedzę i służą radą. Towarzysze również zostali w kontynuacji znacznie bardziej rozbudowani. Choć sympatia do każdego z nich jest kwestią dyskusyjną, tak są to faktycznie dobrze rozpisane postacie, z którymi nierzadko wchodzimy w bardzo ciekawe relacje. Niektóre z nich już znamy, losy innych po raz pierwszy zwiążą się z Widzącym, szybko jednak przyzwyczajamy się do niewielkiej drużyny śmiałków i zaczyna nam zależeć na ich losie. Co więcej, wprowadzono również tak zwanych „pomocników", którzy również mogą z nami podróżować, nie są jednak tak rozbudowani pod względem fabularnym jak kompani.

Osoby kochające zwierzaki przeróżne na pewno ucieszą się, że w Deadfire każdy znaleziony czy też kupiony pupil daje drużynie pasywne zdolności. Przykładowo, mały niedźwiedź polarny podnosi odporność całej załogi na chłód. Choć zdawać by się mogło, że zmiany są niewielkie, bardzo urozmaicają i personalizują rozgrywkę, a przecież w erpegach o to właśnie chodzi.

Pillars of Eternity 2: Deadfire

Archipelag Martwego Ognia zachwyca. Grafika już w pierwszych minutach potrafi onieśmielić (oczywiście jak na grę z widokiem izometrycznym), a całość doczekała się znacznych usprawnień względem pierwszego Pillars of Eternity, co widać szczególnie, gdy przypatrzymy się licznym animacjom postaci czy też im dokładniejszym modelom. Nieco „karaibskie" środowisko sprawiło, że tytuł nie jest już tak ciemny i ponury, co nie spodobało się wielu fanom. Ja uważam, że to zmiana na lepsze i nie chciałbym ponownie przemierzać tych samych zakątków świata. Fabuła „jedynki" sama definiowała nastrój gry, a oprawa tylko go potęgowała. „Dwójka" natomiast stała się bardziej przygodowa, zawadiacka, ponownie za sprawą pirackiego settingu.

Dobrze zatem, że deweloperzy nie poszli na łatwiznę i zdecydowali się ugryźć kontynuację z nieco innej strony. Za muzyczną warstwę opowieści odpowiada ponownie Justin Bell, który, cóż, ponownie wykonał swoją robotę perfekcyjnie. Całej rozgrywce towarzyszą wspaniałe utwory, które zapadają w pamięć, w tym nowe aranżacje znanych już kawałków.

Nie obyło się oczywiście bez błędów. Nie jest jednak tak źle, jak krzyczą w niektórych częściach internetu. Owszem, grze zdarza się sporadycznie „wykrzaczyć" i na powrót sprowadzić gracza do dashboardu konsoli, czasami pojawiają się niewielkie kłopoty z przerwaniem muzyki w tle czy dialogów. Grając długie godziny natrafiałem na nie w zasadzie okazjonalnie, dosłownie raz na kilka dni, nie czynią więc tytułu niegrywalnym. W pewnym momencie zupełnie o nich zapomniałem i bawiłem się bez przeszkód.

Pillars of Eternity 2: Deadfire

Warto również wiedzieć, że Deadfire posiada polską, kinową wersję językową, która pomimo kilku błędów w tłumaczeniu wypada zaskakująco dobrze i osobom niezaznajomionym z językiem angielskim na pewno pomoże lepiej wczuć się w klimat gry.

Oglądasz

Preview 10s
Next 10s
Reklamy

Wypłynięcie na szerokie wody w Pillars of Eternity 2: Deadfire uważam za jak najbardziej udane. Mimo nieco innego nastroju opowieści poczucie kontynuacji jest tu bardzo wyraźne, zmiana settingu natomiast jest naturalną, a nie wymuszoną ewolucją marki. Deadfire to wspaniała i rozbudowana przygoda, która wystarcza na wiele godzin, a dzięki dużemu wachlarzowi możliwości warto też do niej wracać. Zwłaszcza jeśli byliście fanami „jedynki" i posiadacie swoje zapisy, wówczas doznania są jeszcze pełniejsze. To tytuł, którego sam Jack Sparrow by się nie powstydził.

08 Gamereactor Polska
8 / 10
+
Dużo zmian mechanicznych w stosunku do części pierwszej; turowy system walki do wyboru; zmiana settingu sprawia, że gra jest znów atrakcyjna; możliwości wyboru; oprawa audiowizualna; intuicyjne sterowanie na konsoli.
-
Sporadyczne problemy techniczne; mało rozbudowani pomocnicy w stosunku do towarzyszy; potknięcia w polskiej wersji językowej.
overall score
to ocena naszych redaktorów. Jaka jest Twoja? Wynik ogólny jest średnią wyników redakcji każdego kraju

Powiązane teksty



Wczytywanie następnej zawartości