RV There Yet?
Joel zbadał, czy kampery naprawdę są najswobodniejszym sposobem na życie w nowej ekstrawagancji "friendslop"...
Stary kamper, pogodne usposobienie i nadzieja na przyjemną podróż to wszystko, czego potrzebuję, pomyślałam. Ale ostatecznie nie do końca tak to wyszło. Spodziewałem się chaosu – jak najbardziej – ale nie do końca w takim stopniu, w jakim skutkował ten biwak. W praktyce pomysł jest zarówno prosty, jak i genialny: Ty, sam lub (najlepiej) z przyjaciółmi, będziesz próbował dotrzeć do domu zdezelowanym kamperem przez kawałek cyfrowej dziczy. Drogi są strome, błotniste, połamane. Pojazd posiada przednią i tylną wyciągarkę, którą można przymocować do drzew, skał, słupów - wszystkiego, co może powstrzymać Cię przed stoczeniem się w dół następnego wąwozu. Chodzi o współpracę, ciągnięcie, kierowanie, pchanie, a czasem po prostu nadzieję, że grawitacja ma lepszy dzień niż ty. Po drodze możesz napotkać dziką przyrodę, zapomniane przystanki na odpoczynek i poczucie, że silnik fizyczny powąchał trochę za dużo nielegalnej substancji. To gra, która na papierze opiera się na współpracy, ale w praktyce polega na próbie wybaczenia innym graczom tego, jak właśnie zrujnowali bieg.
To jest to, co ludzie nazywają grą friendslop - gatunek, który stał się swoją własną małą religią internetową. Gry, które nie są świetne w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale stają się genialne, gdy grasz w nie z odpowiednimi ludźmi. Są stworzone do krzyków, śmiechu i załamań, które zamieniają się we wspomnienia. A RV There Yet? jest tego definicją. Cyfrowy wypadek samochodowy w zwolnionym tempie, od którego nie można oderwać wzroku. Ktoś kieruje, ktoś wyciąga, ktoś podpala coś, czego nie powinien był dotknąć i nagle cały samochód przewraca się na bok. Wszyscy się śmieją. Nikt nie wie, co się stało.
I ludzie to uwielbiają. Sprzedała się już niesamowicie dobrze na Steamie, wyprzedziła znacznie większe produkcje i stała się ogromnym sukcesem. Ale może nie dlatego, że ludzie w nią grają - ale dlatego, że jest to gra, którą ludzie lubią oglądać. Doskonale sprawdza się w obecnym ekosystemie Twitcha i YouTube'a, gdzie w treściach nie chodzi o kontrolę, ale o katastrofę. Chaos się sprzedaje. A RV There Yet jest niewyczerpaną studnią chaosu. Jest przyjazna dla klipów, krzyków, memów - gra zaprojektowana z myślą o chwilach, a nie doświadczeniach.
Fakt, że deweloperzy, Nuggets Entertainment, są również Szwedami ze Skövde, sprawia, że wszystko jest jeszcze bardziej interesujące. Jest coś głęboko sympatycznego w sposobie, w jaki małym szwedzkim studiom wielokrotnie udaje się tworzyć globalne zjawiska za pomocą czystej, nieubłaganej dziwaczności. Mamy tradycję czarujących porażek, które stają się kultowe - od Goat Simulator do Totally Accurate Battle Simulator - a RV There Yet? wydaje się być najnowszym rozdziałem tej historii. To piękne na swój sposób obserwować, jak mały zespół przyciąga uwagę świata bez kompromisów.
Ale kiedy gram sam, to tak, jakby ktoś ściszał jakiś licznik radości. Siedzę tam, kawa stygnie, a kamper odmawia współpracy. Poślizguje się, podskakuje, traci przyczepność. Kierowanie przypomina próbę poruszania pianinem za pomocą samych oczu. Wyciągarka to moja jedyna pociecha - czasem bohater, czasem zdrajca. Fizyka zachowuje się tak, jakby była zmęczona byciem fizyką. Czasami mam wrażenie, że świat sam chce mnie wyrzucić z gry, a jednak z czystego uporu idę dalej, jak ktoś, kto nie chce rezygnować z nieudanego związku, ponieważ zainwestowano już zbyt wiele czasu.
Potem, kiedy próbuję zagrać z przyjacielem, ton się zmienia. Nagle rozlega się śmiech. Próbujemy się skoordynować, krzyczeć do mikrofonu, wskakujemy na niewłaściwe drzewo, przewracamy się i mimo to śmiejemy. Przez chwilę gra wydaje się żywa, momentami nawet genialna. Ale to nigdy nie trwa długo. Kiedy adrenalina opada, zdajesz sobie sprawę, jak bardzo wszystko jest puste. Nie ma prawdziwego postępu, nie ma rytmu, nie ma napędu. Po prostu ta sama droga, ten sam most, to samo nachylenie, to samo dachowanie. Nie chodzi o to, że RV There Yet? jest zepsuty - chodzi o to, że gra wydaje się tym nie przejmować. To tak, jakby sama gra śmiała się ze mnie, a nie ze mną. Niemal słychać, jak kod chichocze szyderczo za twoimi plecami. A jednak... Nie potrafię się do końca złościć. Bo choć wydaje się, że twórcy Skövde celowo zostawili tu i ówdzie błędy, aby jeszcze bardziej dodać chaosu, myślę: może to jest gra, która najlepiej oddaje absurdalną równowagę szwedzkiej duszy między potrzebą kontroli a rezygnacją
Ale błędy wciąż się nawarstwiają, mimo że w rzeczywistości jest to całkiem miłe dla oka - zarówno pod względem estetycznym, jak i technicznym. Obiekty znikają. Kamera szarpie. Silnik się zacina. To gra, która nie wybiera stron między urokiem a frustracją. Wydaje się niedokończony, jak wymarzony projekt, który nie do końca dotarł do mety, ale zatrzymał się kilkaset metrów przed metą, usiadł na miękkim kocu i nalał sobie duży kubek parującej, gorącej javy. A jednak jest tu serce. Ledwo nic kosztuje, a oferuje tak wiele. Wyobrażam sobie, jak deweloperzy siedzą w swoim małym biurze w Skövde, obserwują rosnące wyniki sprzedaży i myślą: "Co się do stało?". I cieszę się razem z nimi. Zasługują na to - płyną na fali wirusów. Sprytne, oczywiście.
Ale nie mogę już grać. Po kilku godzinach wszystko zaczyna płynąć razem. Start, przewróć się, wciągnij, przeklinaj, zacznij od nowa. Start, przewróć się, wciągnij, przeklinaj, zacznij od nowa. Staje się to jak mantra. Zmotoryzowany wyraz naszych czasów. Kiedy w końcu wyłączam się i widzę kampera stojącego w połowie rowu, z jednym kołem w powietrzu, czuję przede wszystkim... nic. Po prostu cisza. I w tej ciszy rozbrzmiewa tytuł, niemal drwiąco: Czy już tam jesteśmy? Nie, nie jesteśmy. Nawet nie blisko.
Dla mnie RV There Yet? nie była grą, ale metaforą właśnie tego: drogi, która nigdy się nie kończy, powtarzalności, braku kierunku. To viralowy sukces, który mówi więcej o nas niż o sobie samym. Nie chcemy już przyjeżdżać. Chcemy po prostu obserwować podróż. Chcemy obserwować, jak wszystko idzie nie tak, najlepiej w czasie rzeczywistym. I w ten sposób wydaje się, że jest to gra na miarę naszych czasów. Szwedzka, drażniąca, zabawna gierka, która nie wie, dokąd zmierza - ale przynajmniej sprawia, że chcemy oglądać spektakl. Może też dlatego nie mogę się od tego całkowicie uwolnić. Bo nawet kiedy w nią nie gram, ciągle krąży mi po głowie. Kamper bez GPS-a i bez realnego kierunku – za to z jakąś dziwną chęcią do dalszego toczenia się. I być może, jeśli spojrzysz na to w ten sposób, RV There Yet? już się udało. Ale za wszelką cenę - nie graj w to sam.




