Vampire Crawlers
Zabijaliśmy pikselowe potwory i żonglowaliśmy kartami, aż zaczęły nam krwawić w szalonym i absolutnie genialnym spin-offie Vampire Survivors od Poncle. Jeszcze tylko jedna runda... To pójdziemy spać, obiecujemy.
Jeszcze tylko jedna runda, a potem naprawdę muszę się położyć i przespać. Słynne ostatnie słowa, delikatnie mówiąc, i nagle uświadamiasz sobie, że jest wpół do drugiej w nocy, oczy pieką, wnętrze głowy zamieniło się w jakiś cyfrowy pikselowy rozmyw, a ty wiesz, że za kilka godzin musisz być w pracy. Panika.
To uczucie wielu z nas, graczy, doskonale zna, ale w późniejszych latach stało się coraz rzadsze. Oczywiście, kochasz grać całym swoim ciałem, ale gdzieś głęboko w środku ciągle przypomina ci się, by "być dorosłym i wziąć odpowiedzialność". Więc niechętnie ciągniesz się do łóżka, choć wszystko, czego pragniesz, to przykleić się do sofy, przyspawać drzwi wejściowe i zatracić się w cyfrowym szaleństwie.
Vampire Survivors od dawna jest dla mnie jedną z tych gier. Byłem kompletną katastrofą, gdy gra wyszła, i to czysty cud, że nigdy tak naprawdę nie zachorowałem, mimo że było wiele zdecydowanie za późnych nocy. Tak, jestem dorosły... Obiecuję. Cyfrowe narkotyki w najczystszej formie, z natychmiast hipnotyzującą pętlą rozgrywki pełną narastających liczb, coraz bardziej kolorowych efektów i absurdalnie satysfakcjonujących dźwięków. Opieranie się szaleństwu było niemal beznadziejne.
Jaki jest efekt, gdy ktoś decyduje się przewrócić ten sam koncept, dodać trochę budowania talii i doprawić szczyptą roguelite? Całkowity załamanie w najlepszym możliwym sensie. Właśnie o to chodzi. Czym dokładnie jest Vampire Crawlers ? Zostańcie ze mną, a zagłębimy się głęboko w piksele i perspektywę wygaszacza ekranu Windows 98.
Najpierw pozwólcie, że wyjaśnię jedną rzecz; Vampire Crawlers nigdy nie próbuje prześcignąć swojego poprzednika na własnym terenie. To coś nowego, ale też niepokojąco znajomego. Są tu sprytni, bo zamiast tańczyć wokół losowych kropek, podczas gdy twoje autoataki wykonują ciężką robotę, masz większą kontrolę. Poruszasz się sam, kwadrat po kwadratzie, krok po kroku, i sam decydujesz, które walki chcesz podejmować. Każda karta, którą zagrasz, każde combo, które próbujesz zbudować – to ciągła sztuka balansowania, która czasem szybko prowadzi do porażki z powodu niespodziewanego pojawienia się wroga lub pechowego ciągu rąk, który daje zupełnie złe karty, w zupełnie złej kolejności. Przysięgasz, przyjmujesz żniwiarza i od razu wskakujesz z powrotem. Jeszcze raz... Potem od razu do łóżka.
Mimo że Vampire Crawlers na papierze jest inną grą niż jej poprzedniczka, potrafi uchwycić dokładnie ten sam puls, napięcie i wciągającą rozgrywkę. Wybierasz ścieżkę z mapy świata, pełnej nazw i obszarów, które na pewno rozpoznasz z Vampire Survivors, i budujesz talię w czasie rzeczywistym. Najbardziej widoczną i namacalną zmianą jest tempo gry, gdzie nagrodzonym jest ciągła akcja lub napięcie. Patrzysz na swoją rękę, planujesz kombinacje, koszt many i maksymalny efekt. To pierwsza to co więcej, to, co można nazwać kręgosłupem Vampire Crawlers, gdzie grasz kartami o rosnącym koszcie many, by budować mnożniki, które mogą szybko przerodzić się w oszałamiające matematyki, które przyprawiłyby Gottfrieda Wilhelma Leibniza o wybuch potu. Gdy ta niemal idealna sekwencja w końcu trafia, stworzona z równych części długoterminowego planowania i odrobiny szczęścia, cóż... Mamma Mia, ekran eksploduje kolorami, efektami i satysfakcjonującymi dźwiękami potworów poddających się twojej przytłaczającej sile. To tak błogo satysfakcjonujące, że aż aż się kręci w głowie.
System kart jest również zaskakująco łatwy w czytaniu, mimo że szybko się przeciąża. Czerwone karty oznaczają ataki, niebieskie obronę, żółte wzmocnienia, fioletowe dają manę i tak dalej. Dzięki temu twoja ręka jest opanowana, nawet gdy rozrosła się i rozrosła do nieświętego, przepełnionego skrzynki narzędziami stworzonej do rzezi potworów.
Często Crawlers rzucają ci też kilka niespodziewanych zarzutów, bo gra naprawdę lubi wrzucać dziwactwa, często znacznie więcej, niż jesteś w stanie ogarnąć. Najlepsze ze wszystkiego? Zawsze możesz coś z nimi zrobić, choćby absurdalne i śmieszne się to wydawało. Jeśli jest coś, czego nigdy nie powinieneś się bać, to eksperymentowania. Synergie mogą wynikać z najbardziej nieoczekiwanych rzeczy, a Crawlers nagradza kreatywność i ciekawość, a nie bierną ostrożność, co jest filozofią projektową, której bardzo, bardzo chciałbym, by więcej roguelity odważyło się przyjąć.
Vampire Crawlers odważa się puścić lejce i pozwolić ci galopować w stronę horyzontu, w pełni świadomy, że prędzej czy później zostaniesz przytłoczony. To gra, która pozwala ci stać się bogiem, choć tylko w pikselowej formie, co właśnie czyni ją tak cholernie uroczą. Każdy bieg staje się szalonym eksperymentem, każda porażka lekcją, a przez to wymówką, by pominąć kolejną godzinę snu.
Meta-progresja pomaga też utrzymać ogień przy życiu. Między każdym "przejściem" masz szansę na dopracowanie i majsterkowanie przy mieście. Możesz manipulować wszystkim – od tego, które klejnoty pojawiają się w grze – co z kolei daje pasywne efekty na twoich kartach – po to, jak potężne powinny być twoje umiejętności bonusowe, aż po to, którą postacią chcesz grać. Podobnie jak w oryginale, jest tu cała gama twarzy do odblokowania, każda z własnymi unikalnymi cechami i zdolnościami, które zachęcają do jeszcze większych eksperymentów.
System zapewnia, że Crawlers zawsze sprawia wrażenie, że idzie naprzód; zawsze jest trochę do zrobienia, nawet gdy zostaniesz pokonany, a Żniwiarz pojawia się po raz enty, by cię drażnić i wytrzeć ci porażkę na twarz. Jeszcze tylko jedna runda...
Wizualnie Vampire Crawlers jest dokładnie taki, jakiego można się spodziewać, i nie odbiega daleko od swoich korzeni – z przesadnie pikselowymi przedstawieniami wszystkiego – od potworów po postacie. Ma też wyraźniejszą strukturę, która pasuje do nowej rozgrywki, oraz wyraźne efekty wzbogacające doświadczenie. W pewnym sensie można się czuć, jakby ktoś wziął wygaszacz ekranu 3D Maze z Windows 95 i wrzucił go do blendera razem z Castlevanią, a efekt jest bardzo kolorowy i uroczy, bo na pewno uśmiechniesz się nie raz podczas licznych przygód.
Oczywiście, są drobne wady, bo pierwsza godzina jest dość wolna i zdecydowanie zajmuje trochę czasu, zanim maszyna naprawdę ruszy. Szczerze mówiąc, na początku trochę się podrapałam po głowie z zaskoczeniem. Można to sobie wyobrazić jak lokomotywę powoli kumulującą parę w kotle albo śnieżkę stoczoną ze szczytu góry, która powoli rośnie w lawinę. Gdy już działa, to naprawdę rusza.
Co więcej, gra bywa też trochę chaotyczna, z interfejsem, który czasem bywa nieco trudny. Oczywiście drobne drobne uwagi, które pewnie będą narzekać przez kilka sekund, zanim równie szybko o tym zapomnisz i znów zatracisz się w absurdalnym blasku Vampire Crawlera i znów klikniesz "kontynuuj". Jeszcze tylko jedna runda...
Właśnie o to chodzi, Vampire Crawlers nie chce cię puścić. On wgryza się w twoją szyję i ucztuje. Bo choć wiele rzeczy jest znajomych, a podobieństwo do Survivors uderza, Crawlers działa z zupełnie nowymi narzędziami. Zapomnij o refleksach i idealnej nawigacji między szarżującymi hordami potworów – tutaj liczy się inteligencja, wyczucie czasu i lekko sadystyczna miłość do pchania systemów do granic wytrzymałości.
Godziny upływają, dzień zamienia się w mgłę, a liczby rosną wraz z łańcuchami kombosów, wszystko w rytm tej podstępnie kołyszącej się muzyki i pokazu fajerwerków z trzaskających pikseli i efektów. O rany, Poncle, co ty zrobiłeś... Vampire Crawlers jest po prostu znakomita, a jego możliwości są oszałamiające. Graj na własne ryzyko, bo jeśli to możliwe, jest to jeszcze lepsze i bardziej dopracowane niż poprzednik.











