Chociaż Marvel Studios skupia się teraz głównie na The Fantastic Four: First Steps, właśnie wydali Eyes of Wakanda. Serial składa się z czterech odcinków, z których każdy trwa około 30 minut, a jego producentem jest m.in. Ryan Coogler, co sygnalizuje, że może to być coś znaczącego. Założenie jest zasadniczo ekscytujące: śledzimy agentów z tajnych elitarnych sił Wakandy Hatut Zeraze przez epoki historyczne, w których tropią obiekty Vibranium, które wpadły w niepowołane ręce. Ma to być rodzaj historycznej wycieczki po ukrytym wpływie Wakandy na wydarzenia na świecie, a jednocześnie przypomnienie, dlaczego izolacja narodu była konieczna, ale i niebezpieczna.
Wizualnie serial robi wrażenie. Animacja jest artystyczna i stylizowana, z kolorystyką i wzorcami ruchowymi przypominającymi ręcznie malowane Afrofuturism. Sceny akcji są dobrze choreograficzne, a otoczenie wydaje się bogate i żywe, i to właśnie tutaj serial osiąga swój najsilniejszy wyraz: jest niezmiennie stylowy. Niestety, ta historia nie ma takiego ciężaru własnego. Chociaż każdy odcinek rozgrywa się w nowym czasie i scenerii - od starożytnej Krety po XV-wieczne Chiny i XIX-wieczną Etiopię - staje się bardziej serią anegdot niż prawdziwą historią.
Pierwszy epizod rozgrywa się na Krecie, gdzie agent Noni konfrontuje się z byłym wojownikiem Wakandy, który ukradł Vibranium i chce zbudować własne imperium. Jest to ciekawy tematycznie konflikt, ale ze względu na krótki format nigdy nie staje się szczególnie dramatyczny.
W drugim epizodzie dostajemy wakandyjską interpretację wojny trojańskiej, w której naszyjnik z vibranium zostaje znaleziony w posiadaniu Heleny Trojańskiej. Pomimo swojego potencjału, wydaje się, że jest to raczej szybka boczna ścieżka, ponieważ pomysły są, ale nigdy nie mogą oddychać.
Trzeci odcinek, którego akcja rozgrywa się w Chinach, jest prawdopodobnie najbardziej żywy, w dużej mierze dzięki bardziej historycznej wersji Iron Fist, która pojawia się i tchnie nowe życie w serial. Jej interakcja z agentem Bashą wyróżnia się i tworzy tempo i energię, których brakuje reszcie serii. Niestety, to też się skończyło, zanim zdąży stać się czymś więcej.
Czwarty i ostatni epizod rozgrywa się w Adwie w Etiopii, podczas decydującej bitwy z siłami kolonialnymi. Tutaj podjęto próbę powiązania wszystkiego razem z przyszłością Black Panther i większymi tematami dziedzictwa, odpowiedzialności i przyszłych katastrof, ale ten odcinek również cierpi na ten sam problem co reszta, ponieważ to za dużo w zbyt krótkim czasie.

Cztery zupełnie różne tematy charakteryzują cztery epizody.
Największym problemem jest sam format. Cztery półgodzinne odcinki to za mało, by opowiedzieć te historie. Serial jest chaotyczny, a postacie pozostają powierzchowne. Noni, Basha i inne postacie mają potencjał, ale nie mają czasu, aby rozwinąć się w coś więcej niż symbolicznych agentów. Pod koniec odcinka nie masz czasu, aby je poznać i znikają tak szybko, jak się pojawiły. Oznacza to również, że tematy, jakkolwiek interesujące mogą być na papierze, nigdy tak naprawdę się nie przyjęły. Niezależnie od tego, czy jest to kolonializm, krytyka władzy, czy dziedzictwo kulturowe, pozostaje to raczej aluzjami niż wciągającymi historiami.
Nawet związek z większym uniwersum MCU jest niejasny. Mówi się, że akcja serialu rozgrywa się w tym samym świecie co filmy i są ukłony w stronę wydarzeń i tematów z Black Panther, ale nigdy nie wydaje się, aby Eyes of Wakanda odgrywał szczególnie ważną rolę w większej części dzieła. Nie wnosi żadnych istotnych informacji, nie rozwija ustalonych postaci i nie zmienia tego, jak postrzegamy wszechświat jako całość. Dla tych, którzy mają nadzieję na coś w stylu What If...? lub coś, co pogłębi miejsce Wakandy w MCU, będzie to zatem raczej puste doświadczenie. To raczej dodatek niż dalszy rozwój.

Niestety, Iron Fist nie może uratować serii.
Trzeba jednak powiedzieć, że serial się stara. Ma pomysły, jasną wizję wizualną i autentyczne zainteresowanie wyniesieniem Wakandy poza królewskość i trony. Ale to się nie udaje. Jest za krótka, za cienka i zbyt nieostra. Przede wszystkim sprawia wrażenie, jakby to była seria pomysłów, które tak naprawdę nigdy nie dojrzały do postaci skończonych historii. Jak na ironię, to właśnie się wyróżnia... Pomimo tego, że Iron Fist pojawia się w jednym z odcinków, to rozczarowuje mnie najbardziej, ponieważ tak wyraźnie widać, czym mógł być serial, ale to, co dostajemy, to tylko przebłysk.
Eyes of Wakanda to stylowa, ale powierzchowna wycieczka w świat Marvel. Dla fanów estetyki Wakandy lub animowanego stylu Marvel może być wart sprawdzenia, ale każdy, kto spodziewa się czegoś, co dodaje lub zmienia obraz MCU, prawdopodobnie pozostawi serial pod wrażeniem.