Finał piątego sezonu Stranger Things
Wielki finał nastąpił w Sylwestra, a po osłabnięciu fajerwerków Conny została do późna, by obejrzeć ostatni odcinek Stranger Things w historii...
Hawkins, 6 listopada 1983.
To właśnie wtedy i tam wszystko zaczęło się dla fikcyjnych postaci. Dla nas, którzy siedzieli przed telewizorami, to było lato 2016 roku, co oznacza, że śledzimy je już prawie dziesięć lat. Ale teraz, po 42 odcinkach, to już koniec. Dlatego dziś wieczorem było bardziej smutno niż od dawna usiąść przed ekranem przy ostatnim odcinku zatytułowanym "The Rightside Up".
Po siedmiu odcinkach, podzielonych na dwa tomy wydane co miesiąc, na szczęście tym razem oczekiwanie na ósmy i ostatni nie było tak długie. Bracia Duffer mieli cały sezon, by przygotować się do finałowej walki. Bo na tym właśnie teraz jesteśmy – bez wątków do rozwinięcia, bez cliffhangerów (albo...?) na nowy sezon, który mógłby być przygotowany jako finałowa scena. Teraz to gang przeciwko potworowi Vecnie, więc początek ósmego odcinka zaczyna się tuż po tym, jak większość z nich przeszła przez portal do Upside Down. Jak wiesz, mieli wieżę do wspięcia i próbowali zapobiec temu, by inny świat rozbił się razem z ich światem. Nie zdradzę więcej niż to, a właśnie tutaj ten ostatni, dwugodzinny odcinek staje się niezwykle trudny do zrecenzowania. Ale oczywiście zrobię wszystko, co w mojej mocy.
Sezon 5 bywał momentami chwiejny. Podobało mi się wiele z tego – ale miałem swoje zastrzeżenia. Być może najważniejszym jest to, że wiele z tajemnicy i niepokoju z wcześniejszych sezonów serialu zostało teraz przemienionych w coś zupełnie innego. Oczywiście, można to uznać za naturalny rozwój – wraz z dorastaniem dzieci rośnie wszystko wokół nich. Dla mnie wydaje się, że stało się jasne, iż Netflix dał braciom Dufferom szansę na tworzenie i pokazywanie tego, czego chcą. Więc nie ma już tych dziwnych i odważnych rzeczy. Wszystko jest tak spektakularne, jak tylko się da. Nie oznacza to jednak, że nie jest rozrywkowy. Bo nadal jest. Finał oczywiście nie jest wyjątkiem od tego, co wygląda reszta sezonu pod względem ambicji i rozmiaru. Często czujesz się, jakbyś oglądał film fabularny, i właśnie tutaj te dwie godziny najlepiej się sprawdzają. Bo finał ma wystarczająco dużo czasu. Na każdy możliwy sposób. Podczas gdy myślałem, że duże momenty tomu 2 stały i zostały zdeptane, treść ostatniego odcinka wydaje się niesamowicie dobrze zbalansowana. Są tu niepotrzebne retrospekcje, które przypominają nam, co się wydarzyło. Przez co wszyscy przeszli. Jest też wiele przygotowanych przemówień i bez zdradzania czegokolwiek, żałuję, że stawka i konsekwencje były na końcu trochę wyższe.
Jednak podczas hojnego czasu trwania film udaje się nam dać spektakularne zakończenie, które czasem wręcz zadziwia. Ale to właśnie to, co dzieje się po opuszczeniu dymu prochu, jest najbardziej poruszające. Kiedy Stranger Things znów odnajduje swoją duszę. Gdy chodzi bardziej o przyjaźń i historię dorastania, która zawsze była widoczna pod nadprzyrodzonym, pozwala się zabłysnąć. Bo najważniejsze dla mnie nie było to, że uważałem to, co się dzieje, za fajne i wspaniałe. Najważniejsze było to, że czułem się emocjonalnie usatysfakcjonowany. Że luźne końce zostaną zamknięte, a gdy opuszczę Eleven, Willa, Dustina, Lucasa, Mike'a, Maxa, Joyce, Jima i resztę postaci, zostawiłem ich bez najmniejszej frustracji.
Ostatni odcinek to robi. Głównie dlatego, że dostajemy epilog, który wcale nie wydaje się pośpieszny. Naprawdę nie spieszysz się z tym, by wszystko zakończyć, gdy bitwa się kończy. To też naturalne w kontekście tego, co się dzieje – i chociaż karty są zagrane trochę zbyt ostrożnie i jest w zasadzie dość przewidywalne, i tak czułem satysfakcję. Są jednak rzeczy, na które warto narzekać. Jeśli uważałem, że Eleven została odsunięta na bok w drugiej połowie sezonu, na szczęście dobrze dają jej roli więcej przestrzeni tutaj. Jednak wciąż wydaje się, że obsada postaci rozrosła się trochę za dużo. Dr Kay (Linda Hamilton), która pojawiała się regularnie w sezonie, czuje się całkowicie zaniedbana. Poza pewną akcją i ciężarem w niektórych wcześniejszych odcinkach, stała się postacią, która pozostaje przed kamerą i wygląda ponuro. Są też inne znaki zapytania dotyczące innych rzeczy i inne, które być może są drobiazgami, ale mimo to uwypuklają problem, jaki przyniosła coraz większa liczba ról.
Z perspektywy czasu myślę, że finałowa walka z Vecną byłaby bardziej naturalna już w zeszłym sezonie. Że została trochę dłuższa i tam związana. Bo być może największym problemem piątego sezonu jest fakt, że widzieliśmy go już tak dużo, a że, co trzeba zastanowić się w pewnym stopniu, to głównie siedem odcinków poświęcone przygotowaniom do finałowej bitwy. Jednocześnie trudno nie polubić wielu rzeczy, które widzieliśmy. I tak, ostatni odcinek jest najlepszy w sezonie. Mimo że film jest zdecydowanie najdłuższy spośród wszystkich ośmiu, potrafi wciągnąć i zachować dobrze zbalansowane tempo.
Zakończenie serialu telewizyjnego musi być jednym z najtrudniejszych zadań i nie każdy będzie zadowolony. Ale dla mnie to było miłe pożegnanie z czymś, co przez pięć sezonów było bardzo zabawne. Czy to było wszystko, na co liczyłem, skoro napisy końcowe już się pojawiły? Nie, może nie. Ale finał, jako osobny odcinek, jest mocny, bardzo rozrywkowy, a przede wszystkim kończy się w dopracowany i niezwykle dobrze napisany sposób. Nawet jeśli historia tych postaci się skończy, będziemy mieli powody, by wrócić do świata, który został stworzony. Może przyszły spin-off odkryje trochę więcej tajemnicy, która kiedyś istniała? Zobaczymy. Do tego czasu dziękuję za wszystko, Stranger Things. Ogólnie rzecz biorąc, jest fantastyczna.










