Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Strona główna
recenzje
Kentucky Route Zero

Kentucky Route Zero

Niełatwa droga do amerykańskiego snu.

Kentucky Route Zero

Mógłbym zacząć tę recenzję od napisania, że ukończenie Kentucky Route Zero wymagało ode mnie dużo samozaparcia i chyba nigdy nie czułem takiej ulgi, gdy pojawił się napis "The End". Najprościej z kolei byłoby napisać, że na dokończenie tej niezwykłej i jakże ważnej historii przyszło nam czekać dokładnie siedem lat, i że gracze wykazali się ogromną cierpliwością w stosunku do kilkuosobowego zespołu wchodzącego w skład studia Cardboard Computer. Innym ciekawym początkiem byłoby stwierdzenie, że Kentucky Route Zero znam tylko z opowieści, co całkowicie przekreśla mnie jako fana i "znawcę" gier niezależnych, bowiem oto mamy przed sobą króla indyków.

Zacznę jednak od tego, że Kentucky Route Zero nie jest tym, czym wydaje się na początku i bardzo szybko z przygodówki point-and-click zmienia się w paragrafówkę z elementami gry przygodowej. I to w wyjątkowo męczącą, jeśli mam być szczery. Naprawdę dawno nie zmuszałem się do tego, żeby siedzieć przy jakiejś grze - nieraz zdarzało mi się ziewać, a oczy same się zamykały, dając do zrozumienia, że pora odpuścić i zająć się czymś innym. Chciałbym teraz napisać, że było warto; że podczas ostatnich kilku minut poczułem ciarki na plecach, które w moim przypadku są oznaką, że gra - mówiąc kolokwialnie - siadła. Kentucky Route Zero siadło, ale przez coś całkowicie innego, potwierdzając jednocześnie, że nie liczy się cel wędrówki, lecz jej przebieg i to, kogo spotkamy w jej trakcie.

Kentucky Route Zero

Oczywisty truizm, który można odnieść praktycznie do każdej dobrze napisanej historii, której największą zaletą nie jest to, że ma zaskakiwać odbiorcę, ale sprzedać mu kilka intrygujących myśli albo ciekawie opowiedzieć dobrze znany schemat o ratowaniu księżniczki czy walce złem, które wyskoczyło z dziury. Problem w tym, że w Kentucky Route Zero nie ma żadnych utartych schematów, a wszystko jest opowiadane w chaotyczny - często po prostu nieczytelny - sposób. Choć jestem z grą na świeżo, to mam problem z poukładaniem wszystkich wątków czy przypomnieniem sobie konkretnych dialogów.

Być może wysnuwam zbyt śmiałą teorię, ale wydaje mi się, że produkcja studia Cardboard Computer sprawdza się tylko w momencie, w którym w nią gramy. Gdy zaczynam o niej myśleć lub próbuję sobie przypomnieć coś naprawdę interesującego, w głowie zostają jedynie ogólne zarysy czy surrealistyczna ścieżka dźwiękowa, która potrafi zaskakiwać, wzruszyć czy wzbudzić w odbiorcy zachwyt nad małymi rzeczami. Jeśli oglądaliście Nieoszlifowany Diament z Adamem Sandlerem w roli głównej, to w Kentucky Route Zero doświadczycie czegoś podobnego. Pełno tutaj syntezatorowych brzmień budzących autentyczny niepokój, ale nie brakuje też klasycznych piosenek à la country o życiu, pieniądzach i trudnym losie prostego człowieka.

Kentucky Route Zero

No właśnie, coś, co można o tej grze powiedzieć od razu, to że mamy do czynienia z opowieścią obyczajową, pełną dramatów, smutków, problemów i rozterek prostych ludzi, które zostały przykryte ezoteryczną, oderwaną od rzeczywistości otoczką. Naprawdę jestem pod wrażeniem, jak bardzo inne jest Kentucky Route Zero i jednocześnie jak bardzo nieznośne staje się z każdym kolejnym epizodem. Nie chodzi już nawet o namnożenie i porzucanie kolejnych wątków; pal licho charakterystyczny sposób prowadzenia dialogów, gdzie nierzadko gracz wciela się w obu rozmówców, żeby jeszcze lepiej poznać dane postaci, ale przy okazji wszystko miesza się w ciężko strawną papkę. Jak na taki rodzaj opowiadania fabuły czy prezentacji postaci, gra jest najzwyczajniej w świecie za długa i pod koniec ciągnęła się okropnie, dokładając kolejne warstwy tej dziwnej i zarazem pięknej historii.

Targają mną sprzeczne uczucia w stosunku do tytułu od Cardboard Computer, co pewnie od razu wyczuliście, czytając kolejne zdania, ale to dlatego, że sam jeszcze nie wiem, jak postąpić z Kentucky Route Zero i czy na pewno je zrozumiałem. Wróć. Na pewno je zrozumiałem, nie wiem tylko, czy wyciągnąłem odpowiednie wnioski, które jednoznacznie pozwoliłyby mi wlepić tej grze jakąś wysoką ocenę. Bo bardzo chciałbym to zrobić, czuję, że powinienem; że to, co robi, i jak to robi, można z czystym sumieniem nazwać sztuką, która absolutnie nie trafi do każdego. Teraz już wiem, jak czuli się recenzenci Death Stranding, którzy mieli zastrzeżenia do produkcji Kojimy, ale nie potrafili zapomnieć tych kilkudziesięciu godzin i finału, który naszego Pawła doprowadził do łez.

Kentucky Route Zero

To za co mógłbym dać tę wysoką ocenę? Przede wszystkim za świetne operowanie dźwiękami i to, że każdy krok, ruch czy akcja ma jakiś oddzielny odgłos. Minimalistyczna grafika często płata figle i nie zawsze wszystko jest widoczne, ale dzięki dobrej reżyserii dźwięków rozgrywka jest jakby wyraźniejsza, lepiej odczuwalna. Na pewno doceniłbym też wszystko to, co dzieje się w tle naszej przygody, i nie mam tu na myśli wątków pobocznych, ale dosłownie - tła gry. Chyba za pierwszym razem uderzyło mnie to mocno podczas wędrówki w kopalni w pierwszym akcie, podczas której Conway i Shannon (główni bohaterowie gry, choć to raczej duże nadużycie; nazwijmy ich jednymi z pierwszych postaci) próbują się wydostać z nieczynnego tunelu. W trakcie jazdy wagonikiem dostrzec można zjawy zasypanych górników, którzy umarli w wyniku decyzji zarządu i zbytniej eksploatacji złóż, co doprowadziło ostatecznie do katastrofy. Później zwróciłem uwagę na gigantycznego ptaka, który okazał się bratem Ezry, chłopca porzuconego przez rodziców, którzy nie chcieli lub nie potrafili się nim zająć; zostawili go po prostu na jednym z przystanków i odjechali, by rozpocząć nowe życie.

Takich prostych, ale zarazem trudnych i smutnych historii jest w Kentucky Route Zero pełno, bo to właśnie na postaciach opiera się cała gra, co doskonale pokazało zakończenie. Nie stanowiło ono zwieńczenia wszystkich wątków (w zasadzie to żadnych), a okazywało się smutną konkluzją na temat życia ludzi zapomnianych. Zapomnianych przez państwo, wykorzystanych przez kapitalizm i pozostawionych samych sobie, by tułali się po bezkresnych drogach Stanów Zjednoczonych. Mit amerykańskiego snu, który dla wielu dalej stanowi realny cel, jest tutaj poddawany w wątpliwość i obalany na każdym kroku, pokazując, że współczesny system nie działa. Z drugiej jednak strony, co nam pozostało? Kapitalizm i demokracja nie są doskonałe i nie załatwiają wielu rzeczy, ale nic lepszego nie wymyślono. Można się z tym zgadzać, można się z tym nie zgadzać - gracz dostaje całe spektrum przykładów i tylko od niego zależy, jak podejdzie do zaprezentowanych historii.

Kentucky Route Zero

Inną, bardziej grową rzeczą, jest dość nowatorski system budowania postaci poprzez dialogi. Wiem, brzmi to dziwnie i mało odkrywczo, ale to właśnie dzięki temu Kentucky Route Zero jest takie świeże, mimo siedmiu lat na karku. Dostępne opcje dialogowe różnią się między sobą tak bardzo, że każda z nich zaprowadzi nas na zupełnie inną ścieżkę, dzięki czemu w całkowicie naturalny sposób możemy dowiedzieć się czegoś więcej o danej postaci. Ma to swoje wady i wiele rozmów skręca często w dziwacznym kierunku, ale dzięki temu sceny zyskują na naturalności.

Rozdziały różnią się między sobą długością, ale każdy z nich ma podobną konstrukcję, a do tego stanowi spójną całość. Główny wątek gry jest w zasadzie nieistotny i znacznie ważniejsze staje się przesłanie, jakie twórcy starają się przekazać w trakcie tych czternastu godzin zabawy. Czy im się to udaje? Tak, zdecydowanie, ale bywały momenty, że zwątpiłem, o czym zresztą pisałem na początku. Nie wiem, czy skończyłbym tę grę, gdybym nie musiał jej potem zrecenzować, ale ostatecznie cieszę się, że to zrobiłem.

Kentucky Route Zero

Podejrzewam, że twórcy również cieszą się, iż udało im się skończyć tę opowieść i być może za kilka lat usłyszymy o "nowej grze od twórców Kentucky Route Zero", a patrząc na pozytywny odzew na wieść o premierze piątego epizodu, nowy projekt z miejsca dostanie ogromny kredyt zaufania. Nie zdziwię się i jestem ciekaw, czy zaprezentują nam coś zupełnie innego, czy może postawią na sprawdzoną konwencję ezoterycznej gry-drogi, w której nic nie jest takie, jakim się wydaje. A Kentucky Route Zero przejdźcie - warto poznać tajemnicę, jaką kryje tytułowa autostrada, która zaprowadzić może w miejsca, o jakich istnieniu nie mieliście pojęcia.

09 Gamereactor Polska
9 / 10
+
Przemieszanie obyczajowych, niełatwych historii z fantastyczną otoczką; minimalistyczny styl graficzny; udźwiękowienie i ścieżka dźwiękowa; minimalistyczna rozgrywka.
-
Nużąca i miejscami nudna.
overall score
to ocena naszych redaktorów. Jaka jest Twoja? Wynik ogólny jest średnią wyników redakcji każdego kraju

Powiązane teksty



Wczytywanie następnej zawartości