Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Strona główna
recenzje
The Sinking City

The Sinking City

Szaleństwo szyte na miarę.

  • Bartosz WitoszkaBartosz Witoszka
The Sinking City

Chyba nie ma tak bardzo charakterystycznej i zarazem niepokojącej fikcji, jak ta stworzona przez Howarda Philipsa Lovecrafta. Mitologia Cthulhu na stałe odcisnęła swoje piętno w popkulturze i jej elementy może znaleźć praktycznie wszędzie. Zadziwiające, jak bardzo fascynują nas macki, Przedwieczni i podwodna cywilizacja im poświęcona - jest to tak obce i jednocześnie ciekawe, że temat elektryzuje wszystkich fanów fantastyki naukowej (tak, Cthulhu to kosmita) od samego początku, gdy wypłynął na światło dzienne w drugiej dekadzie dwudziestego wieku. Wielkich Przedwiecznych wzięli też na warsztat twórcy gier wideo; po dość średnio przyjętym Call of Cthulhu (recenzję tego drugiego Bartka przeczytacie tutaj) przyszła pora na drugą grę opartą o twórczość Lovecrafta.

Na pierwszy rzut oka The Sinking City również jawi się jako średniak - budżetowość, czego efektem jest grafika rodem z początku ósmej generacji konsol, dość powtarzalne lokacje i zadania, czy niezbyt porywające dialogi i postacie niczym z gier wydawanych przez Focus Home Interactive. Średniak jednak średniakowi nierówny i najnowsza produkcja ukraińskiego studia Frogwares broni się przede wszystkim solidnym wykonaniem mechanik, które znamy z innych gier, dodając przy okazji do tego wszystkiego własne rozwiązania.

The Sinking City
The Sinking City

Jak zwykle zaczynam od środka, więc pozwólcie, że przejdę teraz do początku. Bostoński detektyw Charles Reed, główny bohater Tonącego Miasta, dręczony jest przez koszmary i wizje, których nabawił się podczas I wojny światowej. Jako wojskowy nurek zobaczył w głębinach coś, co na zawsze odmieniło jego życie - chodzi oczywiście o szczątki cywilizacji czcicieli Wielkich Przedwiecznych, których miasto pochłonął ocean miliony lat temu. Oprócz koszmarnych wizji Charles zyskał także specjalną zdolność, która umożliwia mu widzenie rzeczy niedostrzegalnych przez zwykłych ludzi. Wiecie, taki wzrok orła, który ma chyba każda gra akcji, ale na szczęście zaimplementowany z głową, o czym później. Wracając do tematu, jak to w tego typu przypadkach bywa, nikt nie uwierzył Reedowi, a psychologowie zrzucili to na karb traumy wojennej. On jednak wiedział swoje i wszystkie tropy, które dotychczas zgromadził, prowadzą do Oakmont, miasteczka położonego na wyspie znajdującej się niedaleko Bostonu.

The Sinking City, czyli trochę strzelania, trochę zarządzania zasobami i trochę craftingu

The Sinking City
The Sinking City

Jak już wspominałem, The Sinking City nie stara się odkryć koła na nowo i bazuje na mechanikach, które dobrze znamy z innych produkcji. I tak naszego bohatera możemy rozwijać za pomocą trzech drzewek umiejętności - sprawność bojowa, żywotność i umysł. Chyba wiadomo, co się z czym je, prawda?

Mamy też trochę strzelania, które nie jest zrealizowane najlepiej, ale mam wrażenie, że właśnie tak miało być. Trochę tak, jak z walką w The Last of Us - była toporna i miejscami męcząca, jednak pasowało to do protagonisty, Joela, który nie był przecież wyszkolonym żołnierzem (ani morderczym archeologiem), ale zwykłym gościem z ulicy. Charles był w wojsku, więc teoretycznie powinien lepiej radzić sobie z bronią, ale warto mieć na uwadze, że większość jego przeciwników to mackowate paskudy, a do tego dręczony jest przez wizje i halucynacje. Poza tym, produkcja studia Frogwares nie jest typową grą nastawioną na strzelanie czy walkę ogólnie - elementy te stanowią tylko dodatek. Dość obszerny, trzeba przyznać, ale ciągle jest to jedna z czynności pobocznych, a nie główny rdzeń rozgrywki, jak w takim Gears of War.

The Sinking City
The Sinking City

Skoro już przy walce jesteśmy; przez te dwadzieścia parę godzin spędzonych z grą (nie wiem dokładnie ile, spytajcie Pana Epic Games Store) miałem wrażenie, że nie liczy się sam fakt prowadzenia starcia, lecz wszystko to, co dzieje się przed nim. Szalenie istotnym elementem jest tutaj mikro zarządzanie zasobami - amunicją, apteczkami, pułapkami czy ładunkami wybuchowymi - i odpowiedzenie sobie na pytanie: czy warto? Po Powodzi, która nawiedziła Oakmont tuż przed przyjazdem Charlesa (totalnie przypadek!), niektóre ulice miasta znalazły się pod wodą, a we wszystkich jego dzielnicach można znaleźć strefy zamknięte. Owszem, znajdują się w nich najróżniejsze skarby - i nie, nie mam na myśli kosztowności i pieniędzy - ale czy środki, jakie zainwestuje się w wybicie wszystkich bestii na danym obszarze, nie przewyższą potencjalnej nagrody? Taki dreszczyk emocji wynikający z dość topornego strzelania sprawia, że każde wejście do strefy może być tym ostatnim, a całość będziemy musieli zaczynać jeszcze raz.

Cóż to za skarby, o których napisałem? Powódź spowodowała, że na znaczeniu zyskały surowce mogące posłużyć do wytwarzania przedmiotów, które normalnie nie są dostępne. Tak, moi drodzy, crafting. Dość standardowy, ale dzięki temu łatwy i intuicyjny, bez większych udziwnień. Dodam jeszcze tylko, że w grze nie ma waluty, a wszystkie nagrody za zakończone zadania dostajemy - podobnie jak w serii Metro - w formie amunicji. Im trudniejsze zadanie, tym amunicję do lepszej pukawki dostaniemy. Proste.

The Sinking City
The Sinking City
The Sinking City
The Sinking City
The Sinking City
The Sinking City
The Sinking City
The Sinking City
The Sinking City

Powiązane teksty

Wczytywanie następnej zawartości