Widow's Bay: Sezon 1
Pomimo dziwnych podań, Widow's Bay udaje się zacząć całkiem nieźle.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że w pewnym sensie cierpliwe czekanie na "następne Twin Peaks" to trochę samobójcze zadanie. Przede wszystkim legendarny serial Davida Lyncha już istnieje, a biorąc pod uwagę, że wielu twórców, w tym sam Lynch, próbowało i nie udało się uchwycić tego unikalnego połączenia dramatu postaci, głębokiej mitologii i wciągającego napięcia, być może czas się poddać.
Widow's Bay nie zamierza dokładnie dostarczyć doświadczenia w stylu "Twin Peaks" (zobacz, jak łączymy koncepcje gier i rozrywki), ale inspiracja jest wyraźna. Izolowana społeczność z tajemniczymi archetypami, rosnące poczucie, że coś się gotuje pod powierzchnią, oraz jeden człowiek próbujący naprawić coś, co wydaje się zepsute.
Tutaj jednak to nie Dale Cooper, lecz Tom Loftis, burmistrz wyspy rybackiej Widow's Bay, kradnie show, a jego postać jest w pewnym sensie bardziej złożona. Loftis nie jest wybranym urzędnikiem; dostał tę pracę tylko dlatego, że nikt inny nie zgłosił się na ochotnika w tej sennej, nieco tragikomicznej społeczności rybackiej, dręczonej przesądami i strachem. Jeśli ich zapytać, wyspa jest przeklęta i nikt nie może ich uratować przed tragicznym losem. Ale Loftis widzi upadek lokalnych biznesów, widzi biedę, widzi społeczność uwięzioną w niezdrowych rutynach i zrobi wszystko, by ją uwolnić. Ale gdy Loftis doświadcza kolejnych niewytłumaczalnych wydarzeń, gdy przed nim rozwija się mroczna historia wyspy, staje się jasne, że dzieje się tu coś więcej.
Ten opis brzmi dość prosto, może nawet nieco banalnie, ale Widow's Bay jest, na dobre i na złe, znacznie dziwniejszy. Przede wszystkim nie ma tu pompatycznego melodramatu. Widow's Bay łączy głównie skuteczną, samoświadomą satyrę z wspomnianą niepokojącą atmosferą w specyficzny profil gatunkowy, którego nie widzisz nigdzie indziej. W przelotnych momentach pojawia się nuta Jordana Peele'a, a może nawet nuta Ari Astera, w niektórych scenach, które przyprawiają o dreszcze. Ale następny moment, Widow's Bay, jest równie ostry jak "Co robimy w cieniu".
Widow's Bay jest przezabawnie zabawne i opanowuje komiczne wyczucie czasu do zaskakująco subtelnego stopnia, a jak wspomniano, niektóre sceny skutecznie budują napięcie przez 10 odcinków. Ogólnie rzecz biorąc, to dziwaczne małżeństwo działa, a trzyma się go razem garstka solidnych postaci, które, choć nie oferują nieskończonej głębi, ożywiają serię, gdy jest tego potrzebna.
Niestety, pojawiają się tu poważne problemy strukturalne, które psują tempo, inscenizację i ostatecznie ogólne doświadczenie z serii. Widzisz, nie zdradzając szczegółów, na wyspie jest nieokreślone "zło", które powoli jest odkrywane i precyzowane, ale w miarę jak zbliża się do kluczowych odkryć, Widow's Bay przychodzi do dość dziwacznej struktury "złoczyńcy tygodnia". W jednym odcinku serial przechodzi w slasher z lat 80. z maskowanym seryjnym mordercą; w innym skupia się na demonicznych rytuałach związanych z złowrogą książką. Te odcinki dobrze się bronią same w sobie i są zarówno upiorne, jak i zabawne, ale sprawiają wrażenie fragmentaryczne, delikatnie mówiąc, i albo luźno nawiązują do głównej narracji serii, albo wcale, w niemal buntowniczy sposób.
W konsekwencji podczas oglądania Widow's Bay jest naturalnie rozbawiony, ale jednocześnie zdezorientowany, i nie zawsze w pozytywny sposób. Niektóre zwroty akcji mogą służyć jako narracyjne przyprawy, podczas gdy inne to po prostu przeszkoda, o którą serial uparcie się potyka.
To sprawia, że całość jest dość przeciętna, biorąc wszystko pod uwagę, ale jeśli przymkniesz oko na te całościowe niedociągnięcia, otrzymujesz rzadką kombinację solidnego humoru i pełnych napięcia scen grozy, które działają lepiej, niż powinnyby powinny. To nie jest spadkobierca Twin Peaks, ale to dobre miejsce, by zacząć.


