Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Strona główna
artykuły

GRozkmina: jak zaczęła się nasza przygoda z grami wideo?

Co ogrywaliśmy w dzieciństwie?

  • RedakcjaRedakcja

Asia: Swoją przygodę z grami zaczęłam późno: pierwsze było podglądanie innych i brak odwagi, żeby zagrać samej.

Pierwsze samodzielne granie (które nie miało nic wspólnego z grami na Newgroundsie) przypisuję serii Neverwinter Nights, do której do dziś mam ogromny sentyment. I sympatię do postaci z rogami ;)

Łukasz: Grać zacząłem regularnie gdzieś od szóstego roku życia. Pierwszy sprzęt, jaki zagościł w moim domu, to podrobione Atari 2600 znane u nas jako „RAMBO". Ależ to była frajda dla sześciolatka! Wtedy jeszcze nie znałem tytułów gier, które katowałem i nazywałem je po prostu: „samolocik", „zabawa w chowanego" czy „skakanie". Dzisiaj już wiem, że jednymi z tych ulubionych i najbardziej ogrywanych były takie pozycje jak River Raid oraz Pitfall.

Następnym etapem był Pegasus, czyli podrobiony Famicom. Tam to już szalałem z wymianą kartridżów i co rusz ogrywałem coś nowego. Były jednak szlagiery, które mojej kolekcji nie opuszczały. Gry takie jak Contra, Mario Bros, Go Dizzy Go to coś, co pozostawiło po sobie masę wspomnień.

Prawdziwy szał zaczął się jednakże dopiero kiedy ujrzałem w akcji PlayStation. Po wielu próbach namawiania rodzice ugięli się i zapłacili niemałą wówczas sumę za to szare pudełko, które ukształtowało mnie jako gracza. Pierwszą grą, która mnie pochłonęła bez reszty, był Tekken 3. Grafika, przebogaty system walki, wielu zawodników walczących w oparciu o realne style walki i dosłownie setki godzin spędzonych na obijaniu się z kumplami i nie tylko. Oprócz tego szalałem również na torach wyścigowych w Gran Turismo, znalazłem swoją burtonowską epopeję w postaci MediEvila, w butach Crasha zrozumiałem, iż wąsaty hydraulik to coś, do czego już nigdy nie wrócę, jako ziejący ogniem Spyro zbierałem tony klejnotów i błądziłem po upiornej rezydencji w Resident Evil lub w zamglonym miasteczku Silent Hill. Dzięki Final Fantasy VII pokochałem gry z gatunku RPG (a w szczególności te japońskie!), a prawdziwy przełom nastąpił, kiedy dostałem w swoje ręce Metal Gear Solid - ta pozycja sprawiła, że gry wideo stały się moją największą i najwspanialszą pasją, która po dziś dzień zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.

Etap związany z PS1 zacząłem jako dwunastolatek. Dzisiaj mam lat trzydzieści dwa. I wciąż gram głównie na konsolach PlayStation (choć nie tylko).

Bartosz: Nie jest to pewnie wielkim zaskoczeniem, ale w dzieciństwie grałem w to, co akurat miałem pod ręką. Rodzice jakoś specjalnie nie kupowali mi i mojemu bratu gier, uważali je za stratę czasu i tego typu historie, które pewnie każdy przeżył. No ale i tak się grało - pierwszym tytułem, w jaki zagrałem, był Harry Potter i Więzień Azkabanu. Filmy z „Czarodziejem, który przeżył" zyskiwały coraz większą popularność, a duża część mojej rodziny to do dziś zapaleni Potteromaniacy, więc naturalnym wyborem okazała się gra osadzona w tym uniwersum. I szczerze powiedziawszy był to strzał w dziesiątkę, bo Więzień Azkabanu to była naprawdę ogromna gra, która starczała na wiele, wiele godzin świetnej zabawy, a przy okazji zaszczepiła we mnie miłość do gier przygodowych. Na wiele lat przygasła ona wraz z pojawianiem się RPG-ów i ich najróżniejszych wcieleń (Gothic, Mass Effect) czy otwartych światów, jak Assassin's Creed i Far Cry - tak, kiedyś grałem też w normalne gry, a nie tylko niezależne nie wiadomo co. Miłość ta okazała się jednak tak wielka, że odżyła i pierwszą z recenzowaną przeze mnie grą było Apocalipsis: Harry at the End of the World, przygodówka "klikana" od polskiego studia Punch Punk. No i tak zostało mi do teraz, o czym pewnie doskonale wiecie.

Niemiłosiernie dużo czasu spędziliśmy też (ja i mój brat) przy Piratach z Karaibów: Na Krańcu Świata, czyli grze wydanej przy okazji premiery filmu. Wtedy również panował szał na piratów, rodzicom bardzo spodobała się cała seria, więc przy okazji pozwolili nam kupić grę. I, o matko, graliśmy w to codziennie, jedne z najlepszych chwil mojego growego życia spędziłem właśnie przy tej produkcji. Z perspektywy czasu nie była pewnie wybitna, ot, zwykła gra akcji, w której walczyło się z wieloma przeciwnikami na raz i wykonywało proste zagadki. Gdy miałem jednak te jedenaście lat, to możliwość walczenia Kapitanem Jackiem Sparrowem, Williamem Turnerem i Elizabeth Swann z załogą Latającego Holendra była czymś absolutnie epickim.

Co mówicie? Heroesy, Simsy, Kangurek Kao? Nie, nie grałem w nie nigdy i raczej nie zamierzam zmieniać tego stanu rzeczy.

Ola: U mnie to było dosłownie jak z oddychaniem - nie pamiętam czasów, gdy nie grałam, to część mojego życia odkąd rozwinęłam umiejętność zachowywania wspomnień. Pasję zaszczepił we mnie mój tata, który z zawodu jest informatykiem i zawsze gry kochał. Mama przy okazji nigdy mi grać nie zabraniała i zawsze wspierała - kupowała praktycznie każdy tytuł, który mnie zainteresował, i zawsze słuchała, gdy opowiadałam o moich wirtualnych przygodach.

To był absolutny miszmasz. Odkąd byłam w stanie porządnie zasiąść przed komputerem (jeszcze pamiętam, że każdego ranka biegłam do taty i pytałam, którym przyciskiem się to włącza), czyli powiedzmy, że w wieku około trzech-czterech lat, do trzynastego roku życia, ogrywałam Diablo, Need for Speedy, maniaczyłam jak głupia w Simsy, Faraona, Pizzę Connection, Drakana, Wrota Baldura - ale z drugiej strony był też Kangurek Kao, Królik Bystrzak, Przygody Pippi, Dino and Aliens, nawet utknął mi w pamięci jakiś Bodzio, o którym nie znalazłam żadnych informacji w internecie... Moja babcia natomiast uwielbiała ze mną ogrywać przygodówki point'n'click, zwłaszcza Return to Mysterious Island. Tak czy siak, być może dzięki temu do dziś, choć mam swoje ulubione gatunki, kocham wszystkie gry całym serduchem, niezależnie od platformy i mechanik.

W wieku trzynastu lat poszłam do sklepu po kolejny dodatek do Simsów, ale moją uwagę przyciągnęła śliczna okładka Mass Effecta... no i domyślacie się, jak się to skończyło.

Paweł: Może zabrzmię jak emeryt, ale należę do pokolenia, które w dzieciństwie z wypiekami na twarzy biegło na rynek wydać swoje ostatnie zaskórniaki na nielegalnie przegrywane dyskietki... Wówczas nawet nie rozumiałem, że jest to niezgodne z prawem. Zdziwię Was jednak, bo nie będę wspominał czasów Atari - ten sprzęt mnie ominął, a moją pierwszą miłością była Amiga 500 i Another World. Szybko jednak przesiadłem się na Rambo, a chwilę później na poczciwego Pegasusa, który tak naprawdę rozpalił moją miłość do grania.

Potem było już tylko lepiej - pierwszy Gameboy, aż w końcu przełom, jakim było pierwsze PlayStation. Oczywiście w międzyczasie kilka razy w roku kończyłem Baldur's Gate, Fallouta i Planescape Torment, ale uczciwie mogę powiedzieć, że z największym uczuciem wspominam gatunek jRPG. W sumie, jak by się zastanowić, była to moja druga młodość grania, która do dziś się nie skończyła. Po tytułach takich jak Suikoden, Final Fantasy VII czy Breath of Fire nie patrzyłem już tak samo na gry. Chciałem więcej i chłonąłem dosłownie wszystko, co stanęło mi na drodze. Apetytu nie straciłem, tak samo jak dziecka, które kręci się na obracanym fotelu w mojej głowie. Bo i uważam, że z prawdziwej pasji wyrosnąć się po prostu nie da.