Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Strona główna
artykuły

Piksele i Katany

Sny z NeoTokio.

Co takiego sprawia, że cyberpunk lgnie jak magnes do japońsko-klasycznej stylistyki? Dlaczego tak uparcie brniemy w świat, w którym tradycja miesza się z nowoczesnością, barwy przeplatają się z neonami? Przyzwyczajeni do pełności wizji rodem z Ghost in the Shell - lub po prostu oczarowani tym, jak naturalnie współczesna Japonia potrafi pogodzić ducha tradycji i najwyższej klasy nowoczesną technologię, które bez najmniejszego problemu koegzystują ze sobą w funkcjonalnym społeczeństwie.

Z jakiegoś powodu futurystyczna dystopia doskonale działa umieszczona na tle przeludnionego miasta - a Tokio właśnie takim jest, gęstym, barwnym, pełnym różności i różnorodności, w którym najdziwniejsze nie przechodzi ludzkiego pojęcia. To właśnie w takim świecie uwielbia się umieszczać historie soczyście zaprawione cyberpunkiem. Dziś przyjrzymy się dwóm takim grom: obie są slasherami w futurystycznej, pikselowej oprawie.

Katana Zero


Drugged Dream

Są piksele i piksele. Zbrodnią byłoby przyznać, że wybór stylistyki w Katana Zero jest wynikiem lenistwa. O nie, dawno nie widzieliście tak bogatych, dobrze zanimowanch pikseli. Miasto tak żywe, postacie tak pełne osobowości, a sam ruch oddany w każdej sekundzie i każdej nucie przyjemnych, synthwave'owych soundtracków.

Gdyby jednak zredukować Katana Zero jedynie do pikselowego slashera, nie dałoby się oddać w pełni jego uroku. To, co najprościej można opisać jako sidescroller w stylu Hotline Miami - okazuje się prawdziwą perłą pośród tegorocznych gier. To, co wydaje się jedynie dynamiczną platformówką, zaskakuje bardziej niż niejeden tytuł AAA. I nie ma co się dziwić - Devolver Digital ma oko do indyków z potencjałem.

Wcielamy się w agenta sekretnej organizacji, nader uzdolnionego w walce, wyraźnie lubującego się w samurajskim stylu. Bohater jest małomówny, tajemniczy i, jak się okazuje, nie bez powodu - jako weteran niedawnej wojny cierpi na zanik pamięci. Jego pracodawca i terapeuta zarazem próbuje pomóc mu odzyskać wspomnienia z przeszłości - jednocześnie oferując pracę, którą tylko ktoś tak zdolny jak on może wykonać. Nasz bohater jest bowiem zabójcą na zlecenie - asasynem, któremu dane jest eliminować osoby związane z produkcją i dystrybucją narkotyków w New Mecca.

Łącząc niezwykle udanego platformowego slashera z historią opowiadaną między pełnymi dialogami, Katana Zero stanowi połączenie niecodziennej fabuły z pełną wyzwań rozgrywką. Między dialogami oferuje i terror, i humor. Nagradza kreatywność i flow, i bezustannie zaskakuje czymś nowym.

I jeszcze jedno: nasz bohater potrafi, dzięki małej pomocy pracodawcy, przewidywać przyszłość. Obojętnie, ile błędów popełnimy, nie może on umrzeć - większość rozgrywki spędzimy bowiem w trybie planowania; jedynie przewidując najbardziej efektywny sposób pokonania poziomu, który nie skończy się śmiercią. To sprawia, że mimo zabójczego tempa i rosnącej skali wyzwania, gra nie męczy i nie frustruje.

A wszędzie tam, gdzie istnieje fabuła mieszająca percepcję czasu, gracza czekają niespodzianki. Katana Zero nieustannie łapie nas za fraki i ciska o ścianę - nigdy nie przestaje zaskakiwać czy szokować. To właśnie łatwość, z którą potrafi stworzyć pełną zagadek i zwrotów akcji historię, sprawia, że nie da się od niej oderwać.

Co więcej, Katana Zero nie jest nawet grą kompletną. Oferuje zakończenie będące niejako zapowiedzią kontynuacji - i, o dziwo, bardziej satysfakcjonującą niż frustrującą - i, z tego, co wiadomo, następny(e?) rozdział(y?) będzie dostępny już niedługo jako w pełni darmowe DLC.

Akane


Fever Dream

Akane natomiast jest przykładem prostej gry wydanej na odpowiedniej do tego platformie. Switch jest tym typem konsoli, na którym lepiej wychodzą gry, w które gra się w wiele osób. I ta produkcja taką właśnie jest - mimo posiadania wyłącznie trybu singleplayer.

Tytułowa Akane, młoda, piękna i buntownicza, stanowi jednoosobową armię, która z jakiegoś powodu podpadła bardzo, BARDZO dużej liczbie bardzo wpływowych osób. Uzbrojona w ostrze, nieskończoną wytrzymałość i paczkę papierosów, uwięziona w alejce, z której nie ma ucieczki, uparcie siecze przez nadchodzące fale przeciwników. Jeden cios wystarczy, by jej historia zakończyła się na zakrwawionym bruku - na przekór losowi, dziewczyna liczy na to, że uda jej się odwlec ten moment jak najdłużej.

W skrócie, całość rozgrywki ogranicza się do próby przebrnięcia przez jak największą liczbę przeciwników. Osiągnięcia dostarczają nowe opcje ekwipunku, dzięki którym możemy zmieniać nieco styl walki. Co kilkanaście fal przeciwników pojawia się boss, który dodaje kilka nowych linijek dialogu do historii tego, co i dlaczego zrobiła Akane, by wkurzyć tyle osób.

Niestety, jeden błąd cofa gracza aż do samego początku. W Akane nie gra się, by ją „przejść" czy aby poznać jej historię, której szczątki istnieją tylko po to, by podkolorować monotonny gameplay. Nie, to gra, w którą gra się o jak najwyższy wynik. Do pierwszej śmierci - po czym podaje kontroler dalej, patrząc, czy brat, kuzyn czy przyjaciel są w stanie dotrzeć dalej niż my.

Wczytywanie następnej zawartości