Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Strona główna
artykuły
Yo-kai Watch

Yo-kai Watch, czyli najlepsza odsłona Pokémonów

Gera Gera Po, Gera Gera Po!

Yo-kai Watch

Najnowsza odsłona Pokémonów zadebiutuje jeszcze w tym roku. Będzie to zarazem pierwsza pełnoprawna część serii, która pojawi się na większej konsoli - choć w przypadku Switcha tryb mobilny pozwalać będzie nadal grać przenośnie, więc można się z tym stwierdzeniem spierać. Jeszcze w tym roku jednak fani kieszonkowych potworków, a przynajmniej ci mieszkający w Japonii, mogli cieszyć się też inną, wielką premierą. Mam na myśli markę, która w szybkim tempie stała się równie popularna co Pokémony, czyli... nie, nie Digimony, w tym przypadku na kolejną grę przyjdzie nam poczekać aż do przyszłego roku. Chodzi oczywiście o Yo-kai Watch!

Wiele osób zapyta pewnie: „Yo-kai Watch? Nigdy nie słyszałem". To prawda, że obecnie popularność serii nieco zmalała, jednak drzewiej, a dokładnie w roku 2014, zdołała w Japonii przebić Pokémony, co jest, śmiem twierdzić, niemałym wyczynem. Za marką stoi znany i doceniany wśród fanów jRPG-ów deweloper, Level-5, i już po pierwszych minutach obcowania z tytułem daje się to odczuć. Jako wieloletni fan kieszonkowych stworków nie mogłem przejść obojętnie obok Yo-kai, a jako że w wielu mediach w tym kontekście mówi się jedynie o Pokémonach - niesłusznie - postanowiłem przedstawić Wam, co też sama seria robi lepiej lub po prostu inaczej i najważniejsze, co wyróżnia ją na tle konkurencji.

To całkiem przyzwoita historia

Yo-kai Watch

Oczywiście nadal infantylna i skierowana głównie do młodszych odbiorców, ale nie da się ukryć, że Yo-kai Watch zjada na śniadanie fabułę, którą od lat serwują nam w serii Pokémon. Jasne, nie o fabułę w takich grach przecież chodzi, ale uważam, że z powodzeniem można pogodzić oba aspekty, jakimi są łapanie potworków i scenariusz. Pokémony pod tym względem potrzebują dużej zmiany, jednak wszystkie zapowiedzi sugerują jasno, że w kolejnej odsłonie jej nie uświadczymy. Wielka szkoda. W tym czasie, ogrywając Yo-kai Watch, czujemy się niczym w nieco bardziej uproszczonym jRPG-u od Level-5. Fabuła podzielona jest na mniejsze segmenty, jak odcinki serialu animowanego. Każdy skupia się na jednym głównym wątku, jednak gra nigdy nie traci przy tym swojej tożsamości. Łapiemy więc „duszki", szkolimy je, a także wykonujemy liczne misje poboczne, które, swoją drogą, są kolejnym argumentem stojącym za Yo-kai Watch. O ile bowiem Pokémony są praktycznie takich misji pozbawione lub są to misje „niepisane", które polegają zwykle na wymianie danego potworka, o tyle tu mowa o pełnoprawnych zadaniach, które otrzymujemy od mieszkańców wielkiego miasta i okolic. Nowe podejście do opowiadania historii, tego właśnie potrzebują Pokémony.

Charakterne stworki

Yo-kai Watch

Bez dwóch zdań w każdej generacji Pokémonów znaleźć można te ulubione lub okrzyknięte „kultowymi" i jest to doskonały dowód na to, że stworki są świetnie projektowane. Sam je uwielbiam, ale... no właśnie, jest ich tak dużo, że tak naprawdę przy dobrych chęciach jestem w stanie zapamiętać tylko część z nich, a co tu mówić o większym zżyciu. Trudno zresztą traktować każdego Pokémona bardziej personalnie, jeśli w trawie biegają setki podobnych. Yo-kai Watch praktycznie całkowicie rezygnuje z losowości walk. Duszki siłą rzeczy się powtarzają, bo i niektóre potrzebne są chociażby do fuzji - ale o tym później - jednak to my decydujemy, czy chcemy z nimi walczyć. Radar informuje nas jedynie o obecności Yo-kai w pobliżu, ale to, czy w ogóle zajrzymy w dane miejsce lub wyzwiemy go na pojedynek, zależy wyłącznie od nas. Niweluje to częściowo długie poszukiwanie danego duszka, bo wystarczy tak naprawdę, że znamy jego położenie. Przy czym nie jest wcale łatwiej, ponieważ nie każdy chce się ochoczo do nas przyłączyć. Daje nam to jednak jakieś poczucie kontroli. Wszystkie Yo-kai posiadają też swoją historię i osobowość, a wiele z nich zaprzyjaźnia się z nami w sposób naturalny, w obrębie fabuły, tak więc znacznie łatwiej je polubić, bo nie są jedynie złapanymi zwierzaczkami do kolekcji. Jedynym ograniczeniem dla wielu osób może być tu setting. O ile bowiem wszystkie Yo-kai w jakiś sposób przyporządkowane są emocjom ludzi, o tyle ich wygląd mocno nawiązuje do japońskiej kultury, a to nie musi każdemu przypaść do gustu.

Bardziej logiczne ewolucje i... fuzje?

Yo-kai Watch

Wszyscy uwielbiamy widok ewoluujących stworków. No, chyba że podoba nam się słodki wygląd niektórych starterów, co też złe nie jest. Nie czarujmy się jednak, wiele ewolucji jest średnich, dziwnych czy tak naprawdę pozbawionych sensu. Od wielu lat Game Freak wprowadza nowe rodzaje stworków, ale często nie zajmuje się już tymi istniejącymi, nawet jeśli sugestie fanów odnośnie zmian są jak najbardziej uzasadnione. Do dziś nie rozumiem chociażby faktu, że ewolucja Psyducka nie otrzymała typu psychicznego, psiakrew, Golduck aż się o to prosi! Level-5 postanowiło w tym miejscu nie szarżować i zagwarantować ewolucję jedynie tym stworkom, do których faktycznie taki rozwój pasuje. Nie twierdzę, że wszystko wygląda perfekcyjnie; nadal wszystko rozbija się o nasz gust i postrzeganie, jednak buduje to w jakimś tam stopniu spójność świata. Już w pierwszej odsłonie serii spośród dwustu dwudziestu pięciu Yo-kai ewoluować mogło zaledwie piętnaście i były to przemiany naprawdę ciekawe, wręcz często zaskakujące. Dodatkowo, jako że mamy tu do czynienia z duchami, a nie materialnymi stworzeniami, możemy niektóre z nich poddawać tak zwanej fuzji. Tych również nie jest zatrzęsienie, ale są na tyle logiczne, że odkrywanie ich jest czystą przyjemnością. By nie szukać daleko, aby uzyskać Reuknighta, musimy poddać fuzji Helmsmana (czyli lewitujące głowy samuraja) z Armsmanem (ciałem głowy pozbawionej). Takich przykładów jest więcej, a zabawy przy kombinowaniu co niemiara. Życzyłbym wszystkim fanom, by twórcy nadchodzącej odsłony Pokémonów nieco bardziej puścili wodze fantazji.

Rysowanie na ekranie!

Yo-kai Watch

Yo-kai Watch całkowicie wykorzystuje możliwości ekranu dotykowego rodziny 3DS-a i choć sam na początku obawiałem się, jak wyjdzie to w praktyce, bo preferuję tradycyjną, turową walkę w jRPG-ach, tak okazało się, że w przypadku serii o łapaniu stworków jest to strzałem w dziesiątkę. W przeciwieństwie do Pokémonów, nasze Yo-kai w czasie walki nie stoją bezczynnie i wykonują szereg przypisanych im ruchów. Jeden atakuje, drugi leczy, a jeszcze inny obniża współczynniki wroga, ot, standard. Zabawa zaczyna się w chwili, gdy otrzymujemy możliwość wykonywania potężnych zdolności specjalnych. Rysowanie magicznych symboli, rozkręcanie kółek czy też zbijanie kulek światła - brzmi dziwnie, ale daje sporo frajdy, a przy tym nie nudzi i czyni starcia znacznie bardziej dynamicznymi. Gdy dodamy do tego możliwość leczenia Yo-kai z różnych negatywnych statusów czy nawet zmianę zawodników za pomocą obrotowego koła, otrzymamy całkiem zabawne mini-gierki, które w dużym stopniu urozmaicają rozgrywkę. Nie uważam, że Pokémony powinny bezmyślnie podążać śladami konkurencji. Ba, już w poprzedniej generacji dodano wiele ciekawych aktywności pobocznych, ale myślę, że przynajmniej w przypadku mega ewolucji czy nadchodzącego Dynamaxu (powiększania Pokémonów) urozmaicenie byłoby jak najbardziej wskazane.

Żyjący świat

Yo-kai Watch

Świat Yo-kai jest znacznie mniejszy niż ten ukazany w Pokémonach. Choć miasto nie należy do małych, daleko mu jeszcze do rozmiarów całego regionu. Tyle tylko, że dzięki temu gra została pozbawiona zupełnie pustych lokacji, a co za tym idzie, ma się wrażenie, że ukazane uniwersum naprawdę żyje i zmienia się na naszych oczach. Nadal nie można tu mówić o przechodniach rodem z wielkich, rozbudowanych piaskownic, ale przynajmniej nie przypomina to maleńkich powtarzalnych wiosek z Pokémonów, w których jedynym istotnym budynkiem jest zwykle arena. Żyjące miasto w Yo-kai stanowi nieodłączną część historii, więc eksplorację należy zestawiać bezpośrednio z pierwszym poruszanym punktem. Pokazy nadchodzącej odsłony Pokémonów sugerują, że w tej materii może być nieco lepiej, jak jednak będzie w rzeczywistości - zobaczymy. Tak naprawdę jednak chodzi o to, by eksploracja świata nie sprowadzała się jedynie do kupowania kulek i biegania po trawie, bo o ile zawsze ochoczo wskakuję w nową grę z serii, o tyle po kilkunastu godzinach nie pozostaje już nic więcej poza zapełnianiem pokédexu. Myślę, że fani dorośli już do tego, by grę znacznie rozbudować, a przecież nikt nie sugeruje zmieniania Pokémonów w kolejne GTA. Podsumowując, chciałbym w przyszłości ujrzeć nieco bogatszy pod względem aktywności i mieszkańców region świata Pokémonów.

Oglądasz

Preview 10s
Next 10s
Reklamy

Poruszane przeze mnie aspekty nie przewróciłyby rozgrywki do góry nogami, a jedynie jeszcze bardziej ją uatrakcyjniły. Choć zdaję sobie sprawę, że ortodoksyjnych fanów Pokémonów i tak do Yo-kai Watch nie przekonam, tak mam nadzieję, że niektórzy z Was po prostu dadzą szansę serii, bo naprawdę oferuje ona więcej, niż to na pierwszy rzut oka wygląda. Zresztą, jedna gra drugiej wcale nie przeszkadza i po zapełnieniu pokédexu ciekawym rozwiązaniem może być wskoczenie do świata Yo-kai. Będzie to przygoda równie - o ile nie bardziej - ciekawa. Sam nie zamierzam zrezygnować z żadnej z nich.

Powiązane teksty

Wczytywanie następnej zawartości