Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.

Polski
Strona główna
artykuły

GRozkmina: kim są nasi ulubieni ojcowie z gier?

W których tytułach, naszym zdaniem, najlepiej i najciekawiej przedstawiono relację ojciec-dziecko?

Ostrzegamy przed spoilerami z gier: Ninja Blade, Yakuza, Suikoden, Lost Odyssey, The Walking Dead, Silent Hill, Mass Effect: Andromeda, Assassin's Creed III, Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 4 - Road to Boruto, Clannad.

Bartek: Było o dzieciach, było o macierzyństwie, to teraz czas na tacierzyństwo. Na pewno ktoś będzie chciał napisać o God of Warze z zeszłego roku albo The Last of Us, dlatego ja ugryzę temat z nieco innej strony. W Ninja Balde od From Software jest to dość ciekawie przedstawione, bowiem Kanbe, ojciec głównego bohatera, pełni również rolę jego mentora. Jak oczywiście wiadomo, w popkulturowym przedstawieniu wojowników z kraju kwitnącej wiśni mistrz jest najważniejszą osobą w życiu każdego adepta, a jego słowo jest święte. Tak było i tym razem, gdy Ken Ogawa siekał swoją kataną kolejne mutanty, jego ojciec wspierał go radą i dostarczał mu kolejne gadżety, jak shurikeny i jeszcze większe miecze. W głowie gracza zaczyna budować się wtedy relacja, która wcześniej nie dostała za wiele miejsca na rozwój - gra od razu rzuca odbiorcę w wir akcji i zanim się obejrzy, to walczy on z Ospowym Olbrzymem czy innym pająkiem wielkości trzech biurowców (kocham <3). I wszystko układa się świetnie, nawet pod koniec rozdziału Kanbe chwali syna, że świetnie się spisał. Ale totalnie nie przeszkadza mu to potem w przeszyciu Kena mieczem i zostawieniu go na pewną śmierć. Tak oto bowiem dochodzi do typowego zwrotu akcji, w którym to okazuje się, że nasz mistrz, mentor, tatko, zdradza nas. Normalnie ojciec roku...

I z jednej strony bardzo szanuję scenarzystów odpowiedzialnych za historię w Ninja Blade, bo w te dwie godziny, w których zamyka się pierwszy rozdział, udało im się zbudować bardzo wiarygodną relację ojca z synem. Z drugiej jednak, te kilka minut, których potrzebował Kanbe na zaszlachtowanie całego oddziału wyszkolonych wojowników, było tak niespodziewane, że w pierwszym momencie zacząłem przecierać oczy ze zdumienia. Wyjątkowo niskie zagranie, cios poniżej pasa, tak się po prostu nie robi - nie uśmierca się (dosłownie) ciekawie zapowiadającej się relacji, gdy znajduje się ona dopiero w zalążku. Trochę tak, jak w Mass Effect: Andromeda (o, ciekawe, kto o tym napisz - Ola czy Paweł?), gdzie pod koniec pierwszej misji również ginie nasz ojciec. Bardzo nie lubię takich zagrywek ze strony twórców. Inaczej. Lubię, bo działają - wzbudzają emocje - ale można to zrobić w zupełnie inny sposób, bardziej przemyślany.

Przy okazji, wróciłem ostatnio do Ninja Blade (znów!) i dalej jest to dla mnie jedna z lepszych gier 7/10. WY TEŻ MACIE W NIĄ ZAGRAĆ! TERAZ!

Paweł: Ha! A zaskoczę cię, Bartku, bo w pierwszym momencie, gdy ktoś mówi o najbardziej zapamiętanych ojcach w grach, wcale nie widzę przed oczami Kratosa, który tak po prawdzie nie jest jakimś super przykładnym tatą. Nie wiem, czy zauważyliście, ale rodzeni ojcowie w grach wideo nie są przedstawiani w superlatywach. Wspomniany Kratos czy nawet Markus z Gears of War... No trudno tu mówić ojcostwie, chyba że bierzemy pod uwagę uczenie zabijania potworów. Jasne, można to nieco podciągnąć pod dane realia, w innych okolicznościach prawdopodobnie byłoby inaczej, dzieciaki muszą przeżyć, a ojcowie robią wszystko, by tak właśnie się stało, ale...

No właśnie, ale... Gdy szukam w pamięci najlepiej oddanego ojcostwa w grach, niestety, albo stety, są to panowie, których nie łączą z dzieckiem więzy krwi. Joel z The Last of Us czy Lee z The Walking Dead są tego najlepszymi przykładami, ale ja zapamiętałem najbardziej Kiryu Kazumę z serii Yakuza. Nie dość, że to postać sama w sobie rewelacyjnie napisana, to jeszcze jego rosnąca więź z Haruką poprzez serię jest niesamowicie prawdziwa. Po utracie rodziców kryminalista bierze dziewczynę pod swoje skrzydła i staje się dla niej jedynym ojcem, jakiego tak naprawdę znała. To właśnie dla niej walczy pomimo przeciwności losu, dla niej stara się zbudować normalne, pozbawione zagrożeń życie. Życie, które, jak się okazuje, ciągle mu dokopuje i niełatwo daje mu się pożegnać z przeszłością. Kazuma jest dla mnie przykładem faceta, który wspaniale sprawdza się w roli ojca, a nie był kompletnie na to gotowy - zresztą, zdradzę Wam, że tak naprawdę nikt nie jest na to gotowy. Sami twórcy gry natomiast relację ojciec-córka rozpisali w taki sposób, że autentycznie przeżywamy każdy rozdział, poprzez aż sześć części, całym sobą. Fantastyczna sprawa, życzę nam wszystkim więcej tak dobrze wykreowanych bohaterów.

Ponadto świetnie pamiętam Teo McDohla, czyli ojca protagonisty z pierwszej części Suikodena. Jak na czasy, w których gra powstała, niesamowicie pokazano jego rozdarcie pomiędzy służbą a ojcostwem. Wiedząc, że nie może pozostawić za sobą złożonej przysięgi i ślubów, zmuszony był walczyć ze swoim synem. Walczyć... do samego końca. Jedna ze wspanialszych scen w tej odsłonie to właśnie finalny pojedynek z własnym ojcem. Zrobiło to wówczas na mnie wrażenie i w sumie nadal robi.

Nie wiem, czy się to liczy, ale podobno zostanie dziadkiem to przeżywanie drugiego ojcostwa, więc pozwolę sobie wspomnieć o Kaimie z Lost Odyssey, nieśmiertelnym, który po śmierci swojej córki zmuszony jest zająć się wychowaniem dwójki wnuków. Wie przy tym, że z racji jego nieśmiertelności przeżywa wszystkich, których kocha. Kolejna wspaniale nakreślona relacja. Kolejna wspaniała gra... ale już i tak rozpisałem się za dużo, więc oddam pałeczkę kolejnej osobie. No i tak w ogóle... wszystkiego najlepszego, tato!

Asia: Psiakrew, Paweł, już myślałam, że nikt nie wspomni o Lee. Nie mówimy tylko i wyłącznie o więziach krwi, prawda? Między Lee a Clementine było coś tak naturalnego, że ciężko tego nie nazwać instynktem rodzicielskim. Mówimy o relacji, w której nie chodzi tylko o bezpieczeństwo małej, ale jej komfort psychiczny i wzięcie odpowiedzialności za przygotowanie jej na trudności bezlitosnego świata na zewnątrz. Miłość rodzica potrafi pokazać wiele gier, ale tak dobry obraz tego, jak o dziecko dba ojciec właśnie - niewiele.

Na bank było więcej gier, w których relacja ojca z dzieckiem była dobrze zaprezentowana - ale ta jedna zapadła mi w pamięć najbardziej.

Łukasz: Ciekawych relacji na linii ojciec-dziecko w grach wideo nie brakuje. Podobał mi się w tej roli Kratos, który dopiero przy Atreusie nauczył się znaczenia słowa „ustępstwo". Wzruszyłem się, gdy Lee wziął odpowiedzialność za Clementine. Płakałem razem z Joelem, gdy Sara konała w jego ramionach...

Ale jeżeli miałbym wymienić jednego bohatera-ojca, którego uważam za ulubionego, to byłby to zdecydowanie Harry Mason z Silent Hill.

Adoptowana córka, z którą ewidentnie coś jest nie tak. Podróż do tajemniczego miasteczka, szaleńcza walka o życie i nieustanna ucieczka przed straszliwymi kreaturami, gorzka prawda na temat dziewczynki, która stała się jego córką, konfrontacja z okrutnym bogiem... Trud. Strach. Cierpienie. A mimo to nadzieja i determinacja. I wreszcie tryumf (niestety pozorny, co pokazała część trzecia), dowodzący, że kochający ojciec to siła, jakich mało. Jeżeli miałbym zostać ojcem, to przykład brałbym właśnie z Harry'ego Masona, bo sam dla dobra swojego dziecka byłbym gotów wybrać się choćby i do piekła.

Ola: Zawiodę cię, Bartku - żaden tato z Andromedy nie wywarł na mnie wrażenia. Jeśli już, to w oryginalnej trylogii, Anderson, wiadomo - to był dla Sheparda prawdziwy ojciec. Do dziś żałuję, że BioWare pozbyło się tylu linii dialogowych przy zakończeniu, ponieważ były najlepszym zwieńczeniem tej relacji.

Skoro już Mass Effecta zaliczyliśmy - bardzo lubię, gdy gry pokazują, że ojcowie są ludzcy i popełniają duże błędy. Tak jak Haytham nie dał Connorowi ciepła (Assassin's Creed III), którego najbardziej potrzebował, ale widziałam między nimi potężną więź, choć cała relacja skończyła się raczej tragicznie. To nie tak, że dla Haythama najistotniejsze były obowiązki i przełożył je ponad swoje dziecko - po prostu nie wiedział, jak po tylu latach rozłąki powinien zachować się w towarzystwie syna. Z podobnym problemem zmagają się Naruto i Boruto (no co, Ultimate Ninja Storm to świetne gry!) - starszy Uzumaki osiągnął swoje życiowe marzenie, stał się hokage, przywódcą wioski, ale wiąże się to z zaniedbywaniem swojej własnej rodziny, co Boruto ma mu szalenie za złe i wszelkie swoje błędy wymawia nieobecnością ojca. W obu przypadkach wszystkie niedopowiedzenia rozwiązałaby zwykła rozmowa - Haythama z Connorem czy Naruto z Boruto - a jednak bohaterowie postanowili zakopać swoje uczucia głęboko pod ziemią i przez to pogrzebać też całą relację. Z tego, co piszę, nie wynika wcale, że piszę o najlepszych ojcach - ale właśnie takich najbardziej lubię. Takich, którzy starają się z całych sił, choć nie potrafią przeskoczyć pewnej bariery międzyludzkiej.

A już najbardziej uwielbiam rodzinę Okazakich z powieści wizualnej Clannad. Tam całość w zasadzie opiera się na relacji ojciec-dziecko. Główny bohater, Tomoya, przez całe swoje życie nienawidził własnego taty i miasta, w którym żyją. Ba, przez pewną brutalną sprzeczkę z rodzicielem stracił możliwość podnoszenia ramienia, co znacznie utrudniło mu nie tylko wykonywanie sportów, ale też codziennych obowiązków. No fatalny ojciec, można pomyśleć. Tomoya szybko opuścił znienawidzony dom i w końcu założył własną rodzinę, urodziła mu się córeczka - i dopiero wtedy, gdy zderzył się z podobną sytuacją, z którą musiał walczyć jego tata, okazało się, że poległ na tym polu jeszcze bardziej. Dopiero wtedy, zrównany z ziemią, wrócił do rodzinnego domu, by odnowić relacje, choć nie czekało go szczęśliwe zakończenie.

Myślę, że najlepsi ojcowie to ci niepozorni, tacy, których doceniamy, gdy jest już nieco za późno.

Wszystkiego najlepszego, tato!

Wczytywanie następnej zawartości